Meleth Blog

Zostaw po sobie ślad...




gdzie palladyna spotkać można
GG - 3746736
mail - meleth@interia.pl

osoby warte poznania
Artoo - przyjaciel od podstawówki
Amris - tak różni, tak podobni...
Iluzja - w poszukiwaniu wygranej
Strogonov - Brother in Arms...

wojownicy - inne życie w sieci.


co palladynowi w duszy gra
Blind Guardian - od Bardów wszystko się zaczęło
Nightwish - ten głos, ten klimat... i co z tego, że jest pesymistycznie?
Rhapsody - legendary, enchanted lands of beautiful music
Queen - nieśmiertelna klasyka rocka, której jestem wierny już od 13 lat
Freedom Call - pełen optymizmu i podniosłości klasyczny power metal
Helloween - "We've got the power!"/"Happy, happy Helloween..."
Atrosis - solidny polski rock-gotyk
Dark Moor - ciekawy wokal, interesująca tematyka, dobre instrumenty
Manowar - mało która muzyka tak skłania do działania
HammerFall - co tu dużo mówić? najlepiej przesłuchać :)
Iron Maiden - Bruce, Eddie i inni - koło nich nie można przejść obojętnie
Metallica - żywa legenda
Iced Earth - ...bo wydali Horror Show...
Yngwie Malmsteen - niedościgniony wirtuoz gitary
Sonata Arctica - ludziska narzekają, ale mnie się podoba :P
Mooniligt - polski rock-gotyk o niesamowitym klimacie
Forgotten Tales - nieznani i niedoceniani, a szkoda
Clannad - niezwykle klimatycznie i mistycznie
Gregorian - doskonałe do kojenia nerwów
Therion - te chóry... :)
In Flames - not for the weak
My Dying Bride - klasyczny doom metal - piękny, ale gdyby nie ten wszechobecny growilng...

trochę podręcznych rzeczy
Dark Lirycs - słowa, słowa, słowa...
Power Metal - polski portal powermetalowy
Akademia Górniczo-Hutnicza - gwarantujemy Ci przyszłość w zamian za teraźniejszość :]
Bractwo Bordowego Płaszcza - inne życie w Wojownikach, gdzie jestem szanowanym przywódcą ludu :-)




2008
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień

Link :: 04.09.2008 :: 00:55
Pomocy

Chyba potrzebuję pomocy. Są problemy, którym potrafię stawić czoła. Są zestawy problemów, z którymi można walczyć. Ale są sprawy, które potrafią w kilka sekund położyć na łopatki najtwardszego zawodnika.

Dzisiaj była impreza firmowa. Rejs statkiem po Wiśle niemal do samej północy. Było nas koło setki osób, w tym niemal cały zespół w którym ja pracuję. Była też koleżanka Y. Bawiłem się, piłem piwo, tańczyłem, śmiałem się i pogrążałem się w zadumie patrząc w gwiazdy czy też ciemny, zalesiony brzeg Wisły poza Krakowem. Ot, impreza (coś dla mnie rzadkość, przyznam). Potrafiłem nawet znaleźć na tyle odwagi, żeby zatańczyć z koleżanką Moniką w parze, co mi się raczej nie zdarza. Pewnie to wpływ ostatniego wesela. No, mniejsza o to.

Jak wspomniałem, była też koleżanka Y. Koleżanka, którą znam od ponad 5 lat i na którą od tych pięciu lat patrzę się jak sroka w kość. Mimo, iż dzięki pracy udało mi sie ją trochę poznać, nadal patrzę jak sroka w kość i nie wiem co z tym zrobić. Nie wiem. NIE UMIEM. NIE POTRAFIĘ. Nie wiem, jak ja mam rozmawiać z dziewczyną, która mi się podoba, nie wiem co powiedzieć, jak zagadywać, jakie żarty są dopuszczalne, czy można porwać do tańca. Nie wiem, nie wiem, nie wiem. Nie znam się. Za każdym razem, kiedy próbuję zrobić coś intuicyjnie, wychodzę na coraz większego idiotę. Zawsze coś zrobię źle, zbłaźnię się. Swoją szansę zapewne straciłem już dawno temu, jako że jeszcze trochę czasu temu wykazywała zainteresowanie moją osobą, co było dla mnie zjawiskiem tak popularnym, jak UFO. Próbowałem wykorzystać szansę. Poszedłem z nią do kina, złożyłem życzenia w urodziny, których datę zdobyłem po niemałych trudach. Kupiłem nawet prezent i go wręczyłem, wzbudzając jakąś radość o niej. Próbuję spędzać jak najwięcej czasu w rpacy, ale rozmowa się nie klei już. Nie potrafię. Nie umiem. Nie wiem, co mam mówić. Sytuację utrudnia fakt, że jej hobby - dalekie podróże, jazda na rowerze, jazda na rolkach i pływanie - kompletnie nie pasują do mojego stylu życia. Zdaję sobie sprawę z tego, że potrafiłbym się przemóc i walczyć o to, by mój styl życia był podobny. Byłoby to niezwykle trudne, ale próbowałbym, bo warto. Nie wiem dlaczego, ale coś mnie do niej wciąż pcha, jakaś niewidzialna chwila. W jej towarzystwie czuje sie bardzo dobrze zupełnie, jakbyśmy się znali od wielu, wielu lat i odnaleźli po dłuższej nieobecności. Moje serce w dziwny sposób tęsknie do tego drugiego serca, ale tak na prawdę nie potrafię powiedzieć dlaczego. Nawet nie znamy się aż tak dobrze. Nie mieliśmy szansy się poznać. I pewnie nigdy nie będziemy mieli...

Na imprezie starałem się być jak najbliżej jej, ale bezskutecznie. Nie umiem, nie potrafię, nie wiem co powiedzieć, żeby przytrzymać przy sobie. Próbuję wciąż, ale wciąż jestem coraz bardziej śmieszny i sztuczny. Nie wiem jak postępować, co mówić. Widzę, że warto walczyć, ale nie potrafię. Jest też on - mój bardzo daleki kuzyn, którego poznałem dopiero w pracy. Lubi ją. Widać, że próbuje spędzać w jej towarzystwie jak najwięcej czasu. Ale w odróżnieniu ode mnie, jamu się to UDAJE. Jest przy niej, wciąż rozmawia, podaje pomocną rękę dokładnie wtedy, kiedy trzeba. Jak on to u licha robi?!? Skąd wie kiedy gdzie i jak postąpić, co zrobić, żeby było dobrze. Jakim cudem jest tak naturalny? Ja tak nie umiem...

Wracaliśmy razem po imprezie. Na dowidzenia uściskała go mocna i poleciła, żeby wrócił w jednym kawałku. Mnie tylko rzuciła zwykłe cześć.

Kiedy wróciłem do domu, poszedłem do łazienki. Padłem na kolana, położyłem się na ziemi. Płakałem. Długo, przez ponad dziesięć minut wyłem do zimnej podłogi. I nic to nie zmieniło. Nadal nie potrafię i nie wiem jak się należy zachować.

Mogę stawić czoła awanturom w domu. Mogę stawić czoła chorobom rodziców - tak fizycznym, jak i tym drugim. Mogę stawić czoła nadmiarowi nauki, magisterce, z którą rozpaczliwie walczę od roku. Mogę stawiać czoła rozmaitym większym i mniejszym problemom. I jeszcze w tym wszystkim mogę znaleźć w sobie dość siły, żeby poświęcać się jak najwięcej, pomagając innym. Ale z tym jednym problemem nie potrafię sobie poradzić. Boję się, że go nie udźwignę i runę. W swoim życiu byłem oficjalnie zakochany 3 razy. Za każdym razem upadek był większy i za każdym razem bardziej go odchorowywałem. Traciłem kontakt z rzeczywistością, upadałem na duchu i popadałem w depresję. Wszystko szło w ruinę i leżałem wówczas pośród łez i ruin swojego młodego życia. I a każdym razem było trudniej się podnieść. Po trzecim takim upadku powiedziałem sobie "nigdy więcej, póki nie będę w 100% pewien, że się uda". I złamałem tę zasadę. Na swoją zgubę...

Jestem słaby i zdaję sobie z tego sprawę. Marny, mały człowieczek, niewiele wart dla innych ludzi. Ale potrzebujący tych innych ludzi. Boję się, że sobie nie poradzę z tym wszystkim. Dlatego proszę o pomoc. Sam nie wiem jaką, nie mam pomysłu, nie wiem. Jeżeli ktoś wie, jak można mi pomóc, proszę... nie, błagam - pomóżcie. Bo wiem, że sam temu nie podołam...
Komentuj (4)


Link :: 01.09.2008 :: 02:30
"Though long and hard the road may be!" /Blind Guardian/

Miała być długa notka, niestety zostałem poproszony koło 21:30 o małą pomoc przy projektowaniu mebli. W tej chwili jest 1:30 i niedawno skończyłem. Cóż, bywa. Dobrze, że nie idę jutro rano do szkoły. :P

W dużym skrócie o tym, o czym miałem napisać. Otóż przez ostatni miesiąc były bardzo intensywne przygotowania do wesela siostry. Praca magisterska została więc rzucona zupełnie w kąt, a dodam że i przed tym nie zaglądałem do niej zbyt często. Nie, to nie lenistwo, ale zwyczajny brak czasu. Taka mała przewrotność losu - niegdyś nie miałem czasu na inne sprawy z powodu nauki, a teraz nie ma czasu na naukę z powodu innych spraw. Szkoda tylko, że te "inne sprawy" mają niewiele wspólnego w wypoczynkiem rozrywką czy spotykaniem znajomych. No, przynajmniej w większym stopniu. ;-)

W pracy jakoś leci. Dostałem do pomocy kilkuosobową grupę osób, jako że ni stąd ni zowąd zacząłem odpowiadać za projekt na duże warszawskie osiedle. Roboty sporo, więc trzeba jakoś ją rozdysponować pośród "swoich ludzi". Jak to dumnie brzmi! Nawet poczułem się jakiś taki... bardziej ważny w pracy. No a już na pewno poczułem się potrzebny. Szkoda tylko, że na przełomie września i października firma może rozwiązać umowy ze wszystkimi zleceniobiorcami, a to z powodu braku zleceń z góry. Pozostaną tylko ci pracujący na stałe. Wspomniałem już, że odmówiłem takiej formy zatrudnienia z początkiem czerwca, odkładając tę - jak uważałem - formalność na początek października? Taaak, to było bardzo rozsądne posunięcie... :-/ No ale dopóki jest nadzieja... i tak dalej.

Dałem się po raz trzeci już w mojej karierze namówić na wyjście do kina przez koleżankę Y. I znów kolejny, bardzo miło spędzony wieczór w towarzystwie osoby, do której - wbrew wszelakiej logice i zdrowemu rozsądkowi - ciągnie mnie jakiś dziwny magnes. Na szczęście ta osoba wydaje się być całkowicie odporna na mój tzw. "urok osobisty". I bardzo dobrze. Ot, będziemy wciąż kolegami z pracy i taki układ jest najbezpieczniejszy dla wszystkich wokół. Jakakolwiek próba nawiązania bliższego kontaktu mogłaby bowiem skomplikować bardzo wiele spraw. O ile wiedziałbym jak taka próba ma wyglądać...

Tydzień temu odbył się ślub i wesele siostry. Ceremonia przebiegła bez zarzutu (proboszcz tylko raz pomylił imię pana młodego) i od tego czasu zyskałem całkiem fajnego szwagra, a przy okazji siostra rozpoczęła zupełnie nowe życie w zupełnie nowym mieszkaniu. Ja ze swojej strony życzę jej jak najszczęśliwszego życia spędzonego u boku ukochanej osoby. Po rzeczonym ślubie (na którym nota bene grałem rolę świadka) odbyło się weselicho na 60 osób, które przy muzyce bardzo fajnego zespoliku oraz bardzo czystej wódeczki bawiło się, tańczyło i zajadało potrawami do jakiejś 4 nad ranem. Generalnie było bardzo fajnie i sympatycznie. Nawet mnie zdarzyło się nie raz i nie dwa poruszać nogami na parkiecie, wraz ze wszystkimi wujkami, ciotkami, kuzynami, kuzynkami, babciami, dziadkami i całą resztą. Sensacją okazała się moja osoba towarzysząca (sic!), czyli koleżanka Kinga - od wielu lat dobra znajoma, poznana jeszcze za czasów oazy, czyli niezwykle zamierzchłych. :-) A że dziewczę to z jednej strony rozbrajające "wybijokno", a z drugiej stworzonko o niesamowicie złotym sercu i chęci niesienia pomocy wszystkim wokół, to każdemu przypadło do gustu, każdy ją wychwalał i wypytywał się mnie "kim jest ta dziewczyna". Ja sam - przyznam się - bawiłem się przy niej dobrze. I stwierdziłem, że fajnie jest mieć taką "osobę towarzyszącą", na którą można liczyć w każdym momencie. Tak, tak - pewne pytania aż sie nasuwają. Zatem już odpowiadam: nie. Kinga to rzeczywiście fantastyczna osoba, ale po pierwsze ma już kogoś, a po drugie - to nie mój typ urody. Ale za towarzystwo jeszcze długo będę jej wdzięczny. :-)

Osoba towarzysząca na weselu oraz kumpela, z którą można iść do kina po pracy. Dwie osoby i dwa wydarzenia z jednego tygodnia. Niby niewinne, ale potrafiące złamać człowieka. Jak? Wystarczy, że te dwa wieczory uświadomiły mi, jak bardzo brakuje mi jakiejś osoby u mego boku. I jak długa i bezsensowna jest już ta walka - już bowiem około 11 last minęło, odkąd sam sobie złożyłem małe przyrzeczenie, że będę ciężko pracował nad sobą, swoim charakterem, swoim wykształceniem i zawodem. I wszystkim, co ważne. Byleby znalazła się jedna jedyna taka Osoba, która to wszystko doceni i będzie chciała spędzić ze mną pozostałą część życia. Wtedy uparcie wierzyłem, że taka osoba sie znajdzie (ba, znałem nawet jej nazwisko, ale dziś to już nieaktualne :P). No i trwam przy tej wiwerze już ponad 11 lat i... nic. Nie dziwota więc, że po takich 2 wieczorach człowiek traci cierpliwość, bo przez chwilę poczuł jak by to mogło być. Wstyd przyznać, ale jeszcze parę dni temu uważałem, że przez tyle lat ciężko pracuję i że należy mi sie w końcu od życia taka osoba. Na szczęście to było tydzień temu i dziś już tak nie myślę. Bo to bardzo niemądre podejście do życia. Żal mi tylko Aiwendila, który nawinął mi się na rozmowę w chwili najgłębszego kryzysu i wysłuchał się moich żalów niemała. Chwała mu za to i za jego pełne rozsądku słowa. Należy mu się Bardzo Duże Piwo, ale nie mam pojęcia kiedy zjawi sie on w Krakowie by odebrać ten dowód wdzięczności. :-) No i w sumie dziękuję/przepraszam wszystkie osoby, które odbyły ze mną rozmowy egzystencjonalne w okresie ostatnich 2-3 tygodni. Zdaję sobie sprawę, że nie były one zbyt proste dla nich...

Doszedłem do kilku wniosków. Powziąłem pewne postanowienia. Coś trzeba zmienić, coś przebudować, do pewnych rzeczy podejść z większym dystansem. I przypomnieć sobie te czasy, kiedy niezłomnie szedłem przez życie pełne najróżniejszych przeciwności losu. Bo takowe znajdą sie zapewne i teraz. I nie chodzi o to, by ich nie było. Nie. Chodzi o to, by umieć sobie z nimi radzić. A może jeszcze pomagać innym radzić sobie z nimi. Bo w drugim człowieku tkwi nasza prawdziwa siła i szczęście. Samemu dojdzie się donikąd, czego dowiodło ostatnie parę rozmów z kilkoma osobami.

Czas na zmiany i postanowienia. Jakie? Sza! Dosyć już rozprawiania o tym co zrobię, jak będę działał, co postanawiam. Nie. Dosyć gadania. Teraz po prostu trzeba robić swoje i tyle. Po prostu - działać. I być sobą, nie udawać kogoś innego. I jeszcze jedno - nie bać się życia. Bo życie to najlepsze, co nam sie w życiu przydarzyło. :-)


Na koniec piosenka. Mocne, prawdziwe słowa. Pełne powagi. Do czasu, aż zobaczy się teledysk. To w związku ze wspomnianym "dystansem" do pewnych spraw. :-)

Grailknights - Tranquility's Embrace

Tranquility's Embrace
Now that I know that
Nothing remains
Stronger I am for there is
No time to waste
Make sure you are not
Only a piece of flesh
Make your life a tale
Either good or bad

Close to the embrace of tranquility
The sun is diving into the sea
Take a deep breath and
Save your dreams
Raise your voice and sing with me

Long-lost days will dawn again
Despair and sorrow will
Fade in the end
All the pain you suffer
All the tears you cry
Are not in vain
For they show you are alive

Lonely I dwell in a
Black endless night
Still I am waiting for a
Bright-shining light
Take me away from
Darkness and fear
Send me a sign that
Salvation is near

Stay awake, don't fall asleep
Carry on, hold on to your belief
There'll be times to show strength
There'll be times to bleed
Now raise your voice and sing with me
Long-lost days will dawn again
Despair and sorrow will
Fade in the end
All the pain you suffer
All the tears you cry
Are not in vain
For they show you are alive

Feel the morning sun warm your skin
Let a new day begin

Long-lost days will dawn again
Despair and sorrow will
Fade in the end
All the pain you suffer
All the tears you cry
Are not in vain
For they show you are alive




Grailknights - Tranquility's Embrace
Komentuj (0)


Link :: 23.06.2008 :: 17:18
Ot, rozmowa

W nawiązaniu do poprzednich tematów notek:

x (12:21)
Twoja wizja jest wręcz idealna
x (12:21)
ale gdyby była realna to z roku na rok byłoby mniej rozwodów,nie więcej
x (12:21)
niemniej jednak zawsze w cieście są rodzynki
Meleth (12:22)
Niestety, ale masz rację.
x (12:22)
i za to wypiję następny toast
Meleth (12:22)
Z tymi rozwodami.
Meleth (12:22)
Hehe, dzięki.
x (12:22)
jak tylko będe miała jakąś wódkę
Meleth (12:22)
Tylko poczemu nikt nie chce tych rodzynek z ciasta wydłubywać?
x (12:22)
bo wokoło za dużo ciasta
x(12:22)
i wszystko się klei
x (12:23)
albo szperacze leniwi


Miło czasem usłyszeć takie słowa. Wprawdzie to tylko słowa i słowami pozostaną, niemniej zapisuję je tutaj, żeby nie uciekły w niepamięć. :-)

Tożsamość rozmówcy zostawiam do informacji własnej. Dla osób, którym nasuwa się pewne pytanie, odpowiadam krótko i rzeczowo: nie. I to powinno wystarczyć. :-)
Komentuj (1)


Link :: 13.06.2008 :: 01:03
Nadzieja, albo jej brak.

Dobrze mi się wydawało w poprzedniej notce - nikt już nie odwiedza tego miejsca. Nie, nie żalę się. Wiem i jestem tego w 100% świadom, że nie jestem sam, ludzie mnie nie opuścili, nic z tych rzeczy. Nadal jest grupa ludzi na których zawsze mogę liczyć i na nich polegać, a to, że tu nie przychodzą to wina tylko tego, że sam nie pisałem dłuuugie miesiące. Daje mi to wszystko pewien komfort swobodnego wypowiadania się.

Zatem do rzeczy. Dziś było kino w towarzystwie 3 osób z pracy. Trzech fajnych osób. Film? Ot, "Opowieści z Narnii - Książę Kaspian" - ładny, głęboki, wesoły, radosny i refleksyjny. Po prostu przyzwoity. Ale nie o film chodzi - już go raz przedtem widziałem. Nie dla filmu byłem, tylko dla ludzi. A w szczególności dla konkretnego Ludzia. :-)

Nie, nie będzie tu szczegółów. Wyleczyłem się już z tego. Kiedy ja to będę czytał w przyszłości, będę pamiętał, że chodziło o pannę Y. I tyle wystarczy. Dziś spędziłem miły dzień w towarzystwie tej osoby - wzajemne wizyty przy stanowiskach pracy, jej zainteresowania moją muzyką, wspólny wypad na obiad, potem wspólne popołudnie, kino, rozmowy i jeszcze spacer po okolicach Ronda Mogilskiego. Po prostu - miło spędzony czas z osobą, która pod wieloma względami odpowiada moim surowym gustom I nawet swobodnie się zachowywałem, jak rzadko w takich sytuacjach. Miło wspominam te dzień, ale mimo wszystko raczej pozostaję smutny. Dlaczego? Bo wiem, że z tego nic nie może wyniknąć. Czemu nie? Cóż... istnieją przeszkody na chwilę obecną nie do przeskoczenia. I na takim wyjaśnieniu poprzestańmy. A po co to piszę? Tak po prostu, żeby podzielić się z samym-sobą-z-przyszłości, jak to fanie jest spędzić dzień z sympatyczną osobą płci przeciwnej. I jak to fajnie, że taka Osoba wykazuje pewne zainteresowanie moją skromną postacią. To raczej niespotykane zjawisko w przypadku niewiast. :-)

A co ja sądzę na ten temat? Cóż... fajnie by było, żeby tak było częściej... ale jak wspomniałem, przeszkód jest za dużo. Generalnie ja bym czerpał z bliższej znajomości samą radość, ale druga strona... raczej w większości smutki, a przynajmniej braki radości. Chociaż kiedyś, może, kto wie? Nie wiem skąd, ale ziarnko nadziei gdzieś tam na jałowym polu się zasiało. I wbrew wszystkiemu nie obumiera. Na razie, z czystej ciekawości nie będę go wykopywał. Ale wiem, że to tylko słowa spowodowane dzisiejszy miłym dniem. Tym, że wyobrażałem sobie jak wspaniale mogło by być mieć kogoś u swojego boku. Znów zacząłem o tym marzyć. I wykorzystuję tę chwilę, bo maksymalnie za 2-3 dni nie będzie już po tym śladu. A tak, to przynajmniej pamiątka na blogu zostanie. :-)

No, wygadałem się przed ścianą, to teraz mogę spać. Jeszcze tylko piosenka. Same słowa,bo muzykę mam na dysku. :-)


emuzyka.pl » teksty piosenek » Robert Kasprzycki » Wiara Nadzieja Miłość

tekst piosenki Wiara Nadzieja Miłość - Robert Kasprzycki

Wiara Nadzieja Miłość /Robert Kasprzycki/

Umarłem gdy odeszła nie pozostał po mnie ślad
Już nie miał dla mnie miejsca ten trójwymiarowy świat
Nieśmieszny brak powietrza i powietrza śmieszny głód
I wiara pierwsza lepsza też czasami czyni cud

Odnajdzie mnie na samym dnie
Jej cichy głos jej niewidzialna dłoń
Utuli mnie jak cienie drzew
Jej ciepła dłoń jej niewidzialny głos

Wierzyłem że powróci za pół roku może dwa
Pisałem długie listy lecz atrament plamę dał
Czekanie na telefon to zajęcie nudne dość
Nadzieja druga durna też bredziła jak na złość

Odnajdzie mnie na samym dnie
Jej cichy głos jej niewidzialna dłoń
Utuli mnie jak cienie drzew
Jej ciepła dłoń jej niewidzialny głos

Gdy wreszcie się zjawiła na jawie czy we śnie
Wiedziałem że to miłość a zresztą kto to wie
Złocisty ma warkoczyk i w palcach złotą nić
I gdy mi spojrzy w oczy nie muszę o niej śnić

Odnajdzie mnie na samym dnie
Jej cichy głos jej niewidzialna dłoń
Utuli mnie jak cienie drzew
Jej ciepła dłoń jej niewidzialny głos



Komentuj (1)


Link :: 09.06.2008 :: 00:50
Poszukiwania

Korzystając z tego, że nikt już nie odwiedza tego miejsca, trochę się pożalę. Ot tak, coby nikt nie słyszał, a z siebie trochę wyrzucić. A o co konkretnie chodzi? Cóż... rodzina dała mi zadanie - znaleźć osobę towarzyszącą na wesele siostry, czyli na 23.08.2008. Jak dla mnie zadanie awykonalne. Tylko jak im to powiedzieć...? Oni na mnie liczą, a na tym polu naprawdę nie potrafię im pomóc i nie zawieść...

Dlaczego awykonalne? Cóż... ja po prostu nie potrafię nawiązać jakiegoś kontakt z osobą płci przeciwnej. Kontaktu, który pozwoliłby na zaproszenie kogoś gdziekolwiek w charakterze osoby towarzyszącej. Ot, mogę mieć kilka koleżanek, ale to maksimum, na jakie mnie stać. Z resztą... i tak zdecydowana większość z nich jest już zajęta i głupio tak wypożyczać czyjąś dziewczynę. A pozostałych koleżanek nie mam śmiałości lub też nie powinienem pytać.

Z różnymi sprawami w życiu jakoś sobie radzę, ale z tą jedną to naprawdę jestem życiowym nieudacznikiem. Spaliłem w przypadku Karoliny, spaliłem w przypadku Iluzji, spaliłem w przypadku Yavanny. W kilku innych przypadkach nie znalazłem nawet dość siły, żeby coś konkretnego próbować. Nie znalazłem i nie potrafię znaleźć. W dzisiejszych czasach kobieta potrzebuje faceta zdecydowanego, gotowego do działania i podejmującego szybkie decyzje. Ja niestety tego nie potrafię - muszę wszystko powoli przemyśleć, a najlepiej popytać jeszcze odpowiednich ludzi o zdanie czy poradę. Co za tym idzie - nie potrafię szybko i błyskotliwie zagadać do interesującej mnie osoby. Nie wspominając już o chłopięcej nieśmiałości, która paraliżuje mnie za każdym razem, gdy takową osobę napotykam w swoim życiu. Ech... co z tego, że jestem wartościowym człowiekiem? Że ważniejsze jest dla mnie dobro drugiego człowieka od swojego, że potrafię być uczynny, obowiązkowy, ciężko pracujący, że radzę sobie rewelacyjnie z obowiązkami domowymi i nie unikam ich, że jestem bezkonfliktowy i zawsze staram się działać nie wchodząc innym w drogę, że że żyję według własnych zasad, niewiele różniących się od kodeksu rycerskiego? Co z tego, skoro w dzisiejszych czasach rycerze w lśniącej zbroi i na białym koniu nie są już nikomu potrzebnie? Zwłaszcza tacy rycerze, którzy nie potrafią zainteresować swoją osobowością i którzy dodatkowo dźwigają na swoich plecach kilka ciężarów, które zdecydowanie wpływają negatywnie na ocenę całościową. Nie... nie widzę siebie w roli Wielkiego Zdobywcy, który poznaje dziewczynę i przebojem wdziera się do jej serca i wypełnia jej życie. Nie, nie jestem takim typem, więc z definicji na tym polu jestem przegrany. Nie wiem... nie widzę tego, nie potrafię sobie tego wyobrazić... Tu już nie chodzi nawet o wypełnienie swojego życia szczęście, tylko o zwykłe wypełnienie woli rodziny o osobie towarzyszącej. To zadanie przerasta mnie niesamowicie i nie widzę żadnego pozytywnego rozwiązania. Znów zatem przyjdzie mi powiedzieć: "zawiodłem". Po prostu... nie potrafię, nie umiem, nie dam rady. I nie wierzę w to, że nagle "z nieba" spadnie mi osoba, która cierpliwie pomoże mi się z tego poczucia bezradności wykaraskać. Wierzę w cuda, ale nie liczę na nie w życiu...

Wiele mógłbym jeszcze na ten temat pisać, ale chyba już wystarczy. Będę myślał, jak z tego wyjść. I jak zwykle na myśleniu się skończy, bo nie stać mnie na nic lepszego...
Komentuj (1)


Link :: 18.02.2008 :: 14:20
Ostatnia prosta

Amris jak zwykle ma rację. Zaczęła się "sesja" i od razu wcięło moje notki z bloga. Cóż, taka kolej rzeczy. Z resztą... to i tak było do przewidzenia. Tak czy inaczej... napiszę kilka słów i wracam na trasę. Wszak przede mną ostatnia prosta...

"Sesja" - celowo pisane w cudzysłowie. Nie było sesji jako takiej. Tylko projekty. Cztery, obszerne, pisemne i niekiedy upierdliwe. Oraz dwa z nich - na wagę egzaminu - stąd brak "sesji właściwej". Ale to już mam za sobą. Skorzystałem ze sporych zasobów sił, zebrałem sie w sobie, przypomniałem sobie jak się pisze i przede wszystkim przypomniałem sobie, jak to jest być liderem zespołu. No i pociągnąłem za sobą cztery projekty i cztery częściowo odrębne zespoły, biorąc na swoje barki najwięcej, rozdając dyspozycje innym i generalnie stosując taktykę "dziel i zdobywaj". Udało się - cztery projekty gotowe, a oceny w postaci 4,5 lub 5,0 są już w indeksie, lub na dniach będę. I jest dobrze.

W międzyczasie tworzenia projektów były też szczątkowe kontakty towarzyskie - spotkanie z Aiwendilem, ze dwa spotkania ze Strogiem na herbatkę/piwko u niego, dwa z Deunirem w celu odświeżenia zakurzonej znajomości, dwa do trzech z Klajtonem - czy to u mnie, czy na mieście, nawet będą ze dwa z Amrisem podczas jego ostatnich przepustek. W międzyczasie jeszcze trochę literatury (doskonały "Czarny Anioł" Miki Waltariego - rzecz o upadku Konstantynopola), trochę giercowania (wciąż rewelacyjny "Wiedźmin"), trochę czasu przy GG no i jakoś leciało. W tym wszystkim jeszcze jedno niechlubne spotkanie z Amrisem, Chacikiem i Michałem, kiedy to witaliśmy tego pierwszego po jego wyjściu z wojska. To był pokaz mojej nieodpowiedzialności, niedojrzałości i braku asertywności. Wiadomo - jest Amris, musi być i alkohol. No i po raz pierwszy nie wyznaczyłem sobie granic. Albo inaczej - pozwoliłem chłopakom nakłonić mnie do ich przekroczenia. Nie będę się chwalił ile napitku poszło na łebka, nie o to chodzi. Piłem trochę wbrew sobie, bo nie lubię wlewać w siebie wódki na umór - nie bawi mnie to. Ale wiadomo - pod wpływem kolegów - bywa... "Co mi tam, czeka mnie jutro tylko ból głowy i kiepskie samopoczucie, nic ponadto. Szybko przejdzie." - myślałem. Nic bardziej mylnego. Pomijam wstyd jakiego się najadłem, wracając do domu. Po raz pierwszy w życiu do tego stopnie pijany. Pomijam kiepskie samopoczucie, kaca i inne sprawy. Faktycznie, szybko minęły. Ale nie spodziewałem się innej niespodzianki - serce, które w lipcu i sierpniu odebrało swoją porcję stresu stwierdziło, że należy mi dać nauczkę po przepompowaniu iluśtam promili alkoholu. Tak, bolało. Piekło. Kłuło. Lewa ręka mdlała. I tak jeszcze przez jakieś 2 tygodnie od popijawy. Bez możliwości wypoczynku, jak to było w sierpniu. Cóż... samem sobie winien. Jasne, ustąpiło. Ale co się nadenerwowałem, to moje. I nauczka moja. I alkoholowstręt. A wszystko zasłużenie...

Już nie boli, żyjemy dalej. Trzy dni temu popołudnie i wieczór u Garetta, wraz z Arturem, Dżonym i Masterem - czyli Wormsy, Youtube, kanapki i pizza. No i trochę herbaty z prądem - jako jedyny odmówiłem piwa. Fajnie było, jak zwykle. Dzień później - urodziny u Amnrisa. Impreza obowiązkowa. On już wiedział "co i jak". Nie nakłaniał za bardzo do picia, i chwała mu za to. Podniosłem trzy najważniejsze toasty połówkami małego kieliszka - za solenizanta, za gospodarzy i za gości. Z resztę podziękowałem. Ale i tak średnie spożycie alkoholu licząc na łebka było bardzo wysokie. Wszak to impreza u Amrisa. No i widzicie - da się: być na takiej i nie pić. Szkoda, że nie miałem tyle oleju w głowie te 3 tygodnie temu...

Teraz jeszcze dziś podpisywanie płyt przez Nightwisha w Media Markcie, a jutro koncert tychże w Hali Wisły. Ostatnie podrygi magistranta, rzekłbym, jako że po dzisiejszym seminarium dyplomowym jestem zagrzany do walki... znaczy, do pisana magisterki. Trzeba w końcu podjąć to wyzwanie, bo lekkim ono nie będzie. A na zakończenie piosenka, której słuchałem przed wieloma "historycznymi" wydarzeniami w moim życiu. Jej motto, w wolnym tłumaczeniu: "Jeżeli chcesz wygrać tę walkę, po prostu uwierz w to!" Amen. :-)



I BELIEVE


"I believe!" by Manowar

From the darkness I walk into the light
From the day I walk into the night
From the shadows I will appear
With a message for all who will hear

For the weak of heart I will be strong
To the defenders of faith I will belong
Till the last of us fight till we die
Till the keys of the kingdome are mine

All stand together for the world to see
Now the time is right to live out all our dreams
Say the words forever, your strength will never leave
If you want to win the fight, say "I believe"

From the darkness I walk into the light
From the day I walk into the night
From the shadows I will appear
With a message for all who will hear

For the weak of heart I will be strong
To the defenders of faith I will belong
Till the last of us fight till we die
Till the keys of the kingdome are mine

All stand together for the world to see
Now the time is right to live out all our dreams
Say the words forever, your strength will never leave
If you want to win the fight, say "I believe"

Let's all stand together for the world to see
Now the time is right to live out all our dreams
Say the words forever, your strength will never leave
If you want to win the fight, say "I believe"
If you want to win tonight, say "I believe"

Komentuj (1)


Link :: 30.12.2007 :: 21:06
Wbrew oczekiwaniom...

...nadal tu jestem. :-) Jak widać, deklaracja częstych tekstów z poprzedniej notki nie była czczą obietnicą. Przynajmniej na dzień dzisiejszy... :P Jak będzie potem, to się zobaczy.

A właśnie, odnośnie ostatniej notki... Wiele osób odniosło się negatywnie do niej, określając "autobiografię" jako niekonieczną. Fakt, typowa autobiografia.autocharakterystyka nie jest potrzebna, dlatego napisałem taką skróconą formę przedstawienia siebie, a to tylko jako symboliczny powrót do korzeni, czyli pisania bloga w miarę często. Taki swoisty "nowy początek", nic ponadto. Druga wersja mówi, że po prostu nie miałem o czym pisać, więc pisałem o rzeczach mało ciekawych, czyli o sobie. :P Hmmm... dodam tylko, że ostatnie zdanie to była czysta autoironia, więc nie musisz na nie ściągać brwi, drogi Aiwendilu. ;-)

Dobra, co poza autoironią i wyjaśnieniami mógłbym tutaj napisać? Może klasycznie, czyli co nowego było/jest/będzie. Jak zwykle nauka. Dużo. Za dużo. Tym razem siedzę nad projektami, dziś np, starałem sie coś mądrego napisać o skalowalności sieci kablowych. Co mi z tego wyszło, oceni mój zespół, a następnie prowadzący zajęcia. Mam nadzieję, że wszystkim się spodoba. A poza tym... Za nami święta, przed nami Sylwester. Święta minęły stosunkowo spokojnie, tyle, że przez całe ferie, czyli od 9 dni męczy mnie jakieś paskudne przeziębienie, które zaczyna mnie już poważnie drażnić, no bo ileż można? Mam nadzieję, że po jutrzejszej popijawie samo minie. A jak nie na tej, to na następnej, z Amrisem. :P A właśnie, co do jutra... szykuje się skromny, męski wieczór w towarzystwie Artura i Garreta, czyli części naszej licealnej ekipy wormsowej. Przewidziane są m.in. partyjki Herosów 5, Wormsów Armageddon, jakieś filmy i dużo niezdrowego żarcia własnej roboty. No i oczywiście picia ale to już kupne. No, chyba, że zaczniemy coś eksperymentować... ;-) Szkoda tylko, że ekipa taka wąska - rok temu było nas pięciu i zabawa była przednia. Że już nie wspomnę czasów, kiedy łaziło się na wypasione imprezy powyżej 20 osób z litrami alkoholu, kilogramami niezdrowego żarcia i stadami fantastycznych ludzi. Ech, gdzieś mi się te czasy zapodziały. Czy ktoś je widział...? :-/

No, to tyle na razie, bo czeka na mnie Wiedźmin. Rewelacyjna gierka - pozwala ana powrót wczuć sie w klimat opowieści spod pióra Andrzeja Sapkowskiego, które tak mile wspominam. Nie sądziłem, że jeszcze kiedyś zatopię się w tym świecie. A jednak. :-)

Na koniec standardowo piosenka. Słucham? Nie, nie jest ona skierowana do nikogo konkretnego, no co Wy! Po prostu bardzo mi się podoba klimat tego zespołu, a ta jest jedną z trzech najlepszych w ich wykonaniu. Ot, moje niedawne odkrycie. Co o nim sądzicie?

Caritas (Liebe)

"Caritas (Liebe)" /Lesiem/

Anima Candida. O Anima
Amore
Amantes Amentes. Mea Anima
Amore
Experientia. Ad Deliberandum
Cantare
Extrema Linea Amare. Amore
Cantare

My heart yearns
For love in all its glory
A never ending ecstasy
True love burns
So deep into my soul and you
See all that I am
Now and forever we will
Always be as one

Anima Candida
Virgo Virginum Praeclara
Vivamos
Te Deum Laudamus O Ama Ama
Mi Lepus O Vita
Mea Vita. Meum Mel. Mea Salus
Mea Columba

Si Vis Amari, Ama
O Quam Tristis Et Attlicta
Anima
Per Nativitatem Tuam
Paradisi Gloria
Quis Legem Det Amantibus
Amore
Cantare
Caritas
Amore

Experientia. Ad Deliberandum
Cantare
Extrema Linea Amare. Amore
Cantare

How I long
To see you here before me
Your smile will light the sun
To feel the sweet sensation
Washing over me
To melt in your arms

Repeat chorus

What is love?
Love is true
What is love?
Love is you

Komentuj (1)


Link :: 27.12.2007 :: 02:36
Próba powrotu

Tak. Dawno mnie tu nie było. Wiele osób się stęskniło za moimi tekstami o czymkolwiek (sic!), a i mnie brakowało słowa pisanego. O tym ostatnim uświadomił mnie Maciek, (kumpel z liceum, znany niegdyś jako Teleri) mówiąc, iż znalazł na swoim dysku kopię mojego starego opowiadania fantasy sprzed wielu lat. Ot, wspomnienia. No to w takim razie spróbujmy coś popisać. Tyle, że - dla odmiany - krótko i rzeczowo. A za to częściej. Co Wy na to...?

Zatem... zacznijmy może od samego początku. Jestem Meleth. Meleth Ilverin, żeby było bardziej oficjalnie. A dla przyjaciół, po prostu Mel. Jako że jest to miejsce publiczne, staram się nie używać personaliów swoich ani nikogo innego, jeżeli tylko mam jakiś "zastępnik". No, mniejsza o nazwy. Ja to ja i tyle. Kim jest ten "ja"? Ot, student ostatniego roku Telekomunikacji na krakowskiej AGH, który za pół roku powinien oddać pracę magisterską na temat szyfrowania tekstu w obrazie. Jak się łatwo domyśleć, praca na chwilę obecną leży. I kwiczy. Cóż, permanentny brak czasu na cokolwiek to moja wizytówka. Co jeszcze zabiera mi czas, poza projektami na uczelnię? Po pierwsze praca - projektuję sieci kablowe dla UPC pod szyldem pewnej amerykańskiej firmy, która potrafi docenić pracownika. Praca jest fajna, podoba mi się, ale nie jest przyszłościowa. Cóż, taka przejściówka. W każdym bądź razie na chwilę obecną. A drugi czaspożeracz? Dom. Staram się poświęcać mu czasu tyle, ile się da. Po pierwsze z powodu mojego poczucia obowiązkowości i lojalności względem rodziny, a po drugie dlatego, że trafili mi się raczej wymagający rodzice. Słucham? Nie, nie narzekam. Tak już po prostu jest - z oczywistych względów bardzo liczę się z ich zdaniem. A czasem - z mniej oczywistych - aż za bardzo. Cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko... Idźmy dalej. "Ja" to nie tylko obowiązki i powinności. To także moje własne mełe szczęścia - ucieczki do świata marzeń i fantastyki. Książki, gry, filmy - dokładnie w tej kolejności szukam oderwania się choć na chwilę od rzeczywistości i zatopienia się w innym, wymyślonym świecie. To taka moja recepta na codzienne troski. A poza tym... rodzina, przyjaciele, kumple, znajomi - uważam ludzi za największą radość życia i z nimi staram się spędzić jak najwięcej chwil. Mimo, iż w głębi duszy jestem samotnikiem. Ale to długa historia, więc mniejsza o to. Dalej... muzyka. Uwielbiam ją i żyję nią. Wszystkim, co ma rytm, melodię, ładne słowa i jest dobrze skomponowane. Muzyka poważna, symfoniczna, rockowa, metalowa i każda inna, której słuchanie sprawia mi przyjemność. To daje mi siłę i pozwala uzewnętrznić uczucia. A właśnie, co do uczuć. I ludzi. Od wielu lat nie jestem w żadnym związku, a moje serce tuła sie samotnie po drodze życia. Co gorsza przywykłem do tego i nie wiem, czy potrafię to zmienić. Bo chcieć chyba chcę... Ale to dłuższa historia, nie na teraz. Co jest jeszcze takiego ważnego u mnie? Jest coś takiego. Nie tyle ważne, ile "najważniejsze". Wiara. To jest główny motor mojego działania. Staram sie zawsze stawiać ją w centrum mojej egzystencji, według niej żyć i kierować się ścieżkami wskazywanymi przez jej drogowskazy. Zadanie trudne, aczkolwiek mimo potknięć nie zawracam z tej drogi, bo ona nadaje temu wszystkiemu sens.

Hmmm... może tyle na początek. Postaram sie napisać coś w miarę szybko i w miarę krótko. Teraz tylko stały punkt programu, czyli piosenka. Dziś utwór, który daje mi nadzieję, iż nawet ktoś taki jak ja może spotkać miłość swojego życia, a spotkanie to zakończy się happy endem. Przynajmniej ja w takie rozwiązanie wierzę...


Koncertówka, więc wybaczcie proszę przydługi wstęp.

"Wiara, nadzieja, miłość"


"Wiara Nadzieja Miłość" /Robert Kasprzycki/

Umarłem gdy odeszła, nie pozostał po mnie ślad.
Już nie miał dla mnie miejsca ten trójwymiarowy świat.
Nieśmieszny brak powietrza i powietrza śmieszny głód
I wiara pierwsza lepsza też czasami czyni cud.

Odnajdzie mnie na samym dnie
Jej cichy głos jej niewidzialna dłoń.
Utuli mnie jak cienie drzew
Jej ciepła dłoń jej niewidzialny głos.

Wierzyłem że powróci za pół roku może dwa,
Pisałem długie listy lecz atrament plamę dał.
Czekanie na telefon to zajęcie nudne dość,
Nadzieja druga durna też bredziła jak na złość.

Odnajdzie mnie na samym dnie,
Jej cichy głos jej niewidzialna dłoń.
Utuli mnie jak cienie drzew,
Jej ciepła dłoń jej niewidzialny głos.

Gdy wreszcie się zjawiła, na jawie czy we śnie,
Wiedziałem że to miłość, a zresztą kto to wie.
Złocisty ma warkoczyk i w palcach złotą nić
I gdy mi spojrzy w oczy nie muszę o niej śnić.

Odnajdzie mnie na samym dnie,
Jej cichy głos jej niewidzialna dłoń.
Utuli mnie jak cienie drzew,
Jej ciepła dłoń jej niewidzialny głos.



Komentuj (2)


Link :: 01.10.2007 :: 00:07
Jutro.

Za chwilę idę spać. A co będzie jutro? Jutro się zacznie. Uczelnia. Plus praca. Plus korepetycje. Plus nieustanna walka o jedność w domu. I gdzieś pośród tego wszystkiego krótkie chwile dla siebie. Tak, to jest właśnie moja walka o przyszłość.
Pięcioletnia walka, która wchodzi w swoją finałową fazę. Lecz aby "później" było łatwiejsze, uczyniłem "teraz" pierońsko trudnym. Będę często zmęczony, będę często znużony. Będę wzywał nieraz odpoczynku bądź też po prostu świętego spokoju. Ale będą też "małe szczęścia". I ludzie, którzy pozwolą mi to wszystko przetrwać. A wszystko po to, by mieć doskonały start w pełni dorosłym i dojrzałym życiu, które teoretycznie zaczyna się za rok. Tymczasem przede mną ostatni rok ciężkiej walki o tę przyszłość. I zapewne najcięższy, jaki dotąd przyszło mi przeżywać. Ale bez obaw. Wiem. Wiem! Już w tej chwili uprzedzam słowa protestu tych, którzy krzyczą do mnie "Człowieku, zajedziesz się!". Pamiętam przecież, co mi się przydarzyło w lipcu tego roku. Aiwendilu, Amrisie, Aurinie, Klajtonie! I także Ty, Eirien, choć nie należysz jeszcze do tego panteonu największych Przyjaciół, jednakze jesteś wierną czytelniczką. :-) Obiecuję, że będę na siebie uważał. A jeżeli zauważycie u mnie objawy notorycznego niedotrzymywania tej obietnicy, egzekwujcie ją ode mnie wszelakimi możliwymi sposobami - rozmową, wyciąganiem na świat zewnętrzny bądź solidnym kopniakiem tam, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę... ;-) Tak, potrzebuję Was tak samo, jak potrzebuje sił, by podołać temu wszystkiemu. Ale wierzę, że się uda i dam sobie radę. A wówczas przyjdzie czas na rozliczne radości i... dalsze życie. :-)

A jakie plany na później? Hmmm... Oprawić dyplom magistra inżyniera i powiesić nad łóżkiem. przeżyć przyszłoroczne wesele siostry (sic!). Zacząć pracę na pełen etat i godziwie zarabiać na utrzymanie swoje i najbliższych. Możliwe, że podjąć działalność naukową, związaną z tematem magisterki. Zrobić prawo jazdy i kupić samochód. Zapisać się do bractwa rycerskiego i spełnić marzenie o władaniu bronią białą okresu średniowiecza. Znaleźć sobie partnerkę, która stałaby się częścią mojego życia i vice versa. Tak, to są moje skromne plany na przyszłość. Wiem, przypominają rojenia marzyciela, tkwiącego w starym, zakurzonym bujanym fotelu. :-) Zdaję sobie sprawę, że te wielkie marzenia, które wymieniłem powyżej, wszystkie się nie spełnią. Ale przynajmniej chcę wierzyć. Wierzyć w to, że idąc tą trudną ścieżką, dojdę tam, gdzie spełnienie tych wszystkich marzeń jest możliwe. A przynajmniej nie będę stał w miejscu, tylko szedł w jakimś określonym kierunku - w kierunku tytułowych poniższych Łąk Niebiańskich (rozumianych w przenośni, nie dosłownie oczywiście). Droga może i trudna, ale przyznajcie, że cel do którego zmierzam jest tego warty, prawda? :-)

A no koniec utwór, który towarzyszył mi dzisiejszego ostatniego prawdziwie wolnego wieczora. Przedstawiam Wam nowego Nightwisha.

http://www.youtube.com/watch?v=kmwBoz7wfK4


Meadows of Heaven


"Meadows Of Heaven" by Nightwish

I close my eyes, the lantern dies
The scent of awakening, wild honey and dew
Childhood games, woods and lakes
Streams of silver, toys of olden days

Meadows of Heaven
Meadows of Heaven

Lands of wonder and of hidden treasures
In the meadow of life, my acre of Heaven
A five-year-old winter heart in a place called home
Sailing the waves of past

Meadows of Heaven
Meadows of Heaven
Meadows of Heaven
Meadows of Heaven

Rocking chair without a dreamer
A wood and a spring without laughter?
Sandbox without toy soldiers
Yuletide without the flight
Dream down for her

Flowers wither, treasures stay hidden
Until I see the first star-fall
I fall asleep and see it all
Mother�s care and colour of the kites

Meadows of Heaven
Meadows of Heaven
Meadows of Heaven
Meadows of Heaven
Meadows of Heaven
Meadows of Heaven
Meadows of Heaven



Komentuj (3)


Link :: 22.08.2007 :: 23:29
Carry on!

Kontynuować. Co? Wszystko. Całą tę walką, która zapoczątkowała się w niepamiętnych czasach, a która bardzo niedawno temu przyjęła niespotykany obrót. Czemu niespotykany? Bo pomyślny dla mnie. A to nieczęsto się zdarza. Czasami tylko sobie myślę gdzie w tym wszystkim schowała się ironia losu. Czasem zdaje mi się, że ją widzę, ale chwilowo ignoruję ją całkowicie. A niech po pała chwilowo do mnie platonicznym uczuciem! :P

Po enigmatycznym wstępie czas prostymi słowami wyrazić co mi łazi po tym kudłatym łbie. Nie, nie są to żadne skaczące żyjątka. Mam na myśli... myśli! :-) Jeszcze niewiele ponad 3 miesiące temu (a może jeszcze mniej) moje życie było jak brazylijski serial - rozgrzebane, nie wiadomo w którym kierunku zmierza akcja i nie widać końca a światełko na końcu tunelu co i rusz okazuje się omijającym mnie o centymetry pociągiem. Ewentualnie otwartą lodówką. ;-) Studia powoli okazywały się bezcelowe, jako że nie potrafiłem wśród tematów znaleźć odpowiadającego mi, o czym już nie omieszkałem pisać. Perspektyw na przyszłe utrzymanie żadnych. Sytuacja finansowa w domu - coraz gorsza. Problemy rozmaite (przede wszystkim domowe) - coraz bardziej namnożone. Generalnie wszystko zmierza donikąd... Potem przyszły pozytywy. Znaleziony promotor i temat magisterki. Następnie stała praca w moim zawodzie (studia się na coś przydały!). I szło coraz lepiej, choć było ciężko - tym razem na sposób czysto fizyczny. Przemęczenie. Nieustający stres - awantury w domu, będące skutkiem rozmaitych problemów, które posypały się na rodzinę jak z rękawa, niemal dzień po dniu wypadał jeden nowy. Mało snu, dużo pracy, stres. Niedobrze...

Ukłucie przyszło nagle. Był czwartek. Siedziałem na poczekalni, kiedy tata był u lekarza. Miał spore problemy zdrowotne, a ja towarzyszyłem mu w ośrodku, żeby nie szedł sam. W lewej piersi, głęboko. Ukłucie, jakby długą szpilą, głębokie, przeszywające i skutkujące zimnym dreszczem. I osłupienie. Wdech. Wydech. Łups. Następne! Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. SPOKÓJ! Spokój! Spokój. Spokój... Wstałem. Przeszedłem się spokojnie po poczekalni, głęboko oddychając. Jeszcze w tym czasie ukłuło raz. A potem pozostał już sam niepokój i duszności. I ironiczna świadomość, że jeżeli mam dostać zawału, to lepiej tu i teraz, póki jestem w przychodni. Fachowa pierwsza pomoc pod ręką, a potem już tylko Erka i z górki... Heh... Za chwilę tata wyszedł od lekarza. Nic mu nie powiedziałem. W domu też nie. Mama lamentowała nad chorobą taty, głośno wyzywając los zwrotem: "I co jeszcze złego nas spotka?". Rozumiecie. Nie mogłem powiedzieć. Pod pretekstem jakichś duszności wziąłem validol i bardzo chciałem iść spać. Tymczasem rodzina cały czas ode mnie coś chciała - a ta coś zeskanować, a to czegoś poszukać na necie, a to zrobić coś w kuchni. A tymczasem w piersiach zaczęło piec. I boleć pod mostkiem. A lewa ręka zwisała niemal bezwładna, poruszana bardziej siłą woli niż mięśniami. Ale nic nie powiedziałem, bo byłoby źle... Rano wstałem trochę kopnięty, ale polazłem do pracy. Bolało, trochę kłuło, trochę piekło, ale wytrzymałem. W sobotę - mnóstwo roboty w domu. Fizycznej. Bolało, kłuło, piekło, ale milczałem. W niedzielę się wyspałem i trochę odpocząłem. I było lepiej. W poniedziałek - praca od bladego świtu. Bolało, drętwiało, kłuło, piekło, uciskało. Nie mogłem się skupić na pracy. W końcu wyszedłem przed czasem i dałem znać do domu. Musiałem przestać ukrywać, bo bolało coraz bardziej. Nie byłem dość twardy... W domu panika, ale z drugiej strony troska co do moje osoby. Po raz pierwszy od ho-hoooo czasu po powrocie do domu po prostu zdjąłem buty, ogarnąłem się i się położyłem nie przejmując się niczym wokół. Zwykle na ten etap czekałem od 1 do 5 godzin... Ale marny to był plus... Na drugi dzień nie przeszło. Nie poszedłem do pracy. Zadzwoniłem tylko, że źle się czuję. Potem zaczęły się lekarze i badania - ekg, echo, krew i inne takie. Kardiolog wyciągnął w końcu wnioski. Pod koniec tygodnie zaczęło mi już ustępować, a diagnozą okazało się... przemęczenie. I stres. I brak snu. I brak ruchu. Po prostu - fatalny styl życia. Okazuje się, że rozliczne objawy wcale (podobno...) nie oznaczały stanu przedzawałowego. Ulżyło trochę, ale odpocząć trzeba było. W następny poniedziałek wizyta w pracy i prośba o dalsze wolne. Ponad 2 tygodnie. Kierowniczka życzyła zdrowia i kazała wypoczywać. Wbrew obawom nie kazała więcej się nie pokazywać. :-)

Potem był odpoczynek. 2,5 tygodnia w wiejskim zaciszu. Ze względu na późną porę jednak zostawię sobie ten temat na inny dzień (a przy okazji może i dam czytelnikom małą niespodziankę?). Warto wspomnieć jednak, że wypocząłem. Z zapasem sił zacząłem bieżący tydzień pracy. I na dzień doby usłyszałem, że w 5 dni mam przepracować 48h (czyli w 5 dni zmieścić 6 dni roboczych). Jak tego dokonam, od nadchodzącego poniedziałku zaczynam pracę na własny rachunek. Już tak na serio. Pracuję więc po 10h dziennie, ale sobie nie krzywduję. Kondycyjnie się trzymam, psychicznie też niezgorzej. Znajduję czas na małe przyjemności. I myślę o tym, co będzie po weekendzie. Prawdziwa praca, a popołudniami i w wolne dni - magisterka. Już tak na poważnie. Trzeba się zabrać do pracy. Przede mną najtrudniejszy rok w życiu. I co? Trzeba sobie poradzić! Trzeba kontynuować walkę o swoje marzenia. I nie dać się pokonać światu! Ot co!

W tej podniosłej atmosferze prezentuję utwór, który niegdyś mieniłem swoim osobistym hymnem. Taki o wędrówce i poszukiwaniu własnego szczęścia. W tym utworze droga symbolizuje życie, a dom - upragniony cel, marzenie. Przedstawiam państwu "Wędrowca"! :-)

"Wanderer" by Freedom Call

Here I'm a wandering man
I'm walking through a barren land
I lost my way, I lost my home
In deep despair, I'm riding on

Guardian, where are you now
Ease my heart and fill my soul

Carry on, dream your dreams
Your lust for life is the reason to live
Carry on, hold your ground
Alive and free, you'll never go down

I call upon the holy sun
A million miles away from home
My will is gone, my deeds are done
A dusty road, I'm draging along

Guardian - talk to me now
Ease my heart and fill my soul

Carry on, dream your dreams
Your lust for life is the reason to live
Carry on, hold your ground
Alive and free, you'll never go down

In moments of silence when you are alone
You feel the desire is burning still strong
Open your heart and remember the day
When I sent you out on your way

I'm a wandering man, the heir of the crown
A lonely knight, I'm roaming around
I'll never rest, I'll never give in
Until my quest, has come to the end


Carry on, dream your dreams
Your lust for life is the reason to live
Carry on, hold your ground
Alive and free, you'll never go down


W wersji Audio. Na "teledysk" nie patrzcie, tylko słuchajcie muzyki. Choć Amrisowi może się spodobać... :D
Wanderer


Komentuj (2)