Meleth Blog

Zostaw po sobie ślad...




gdzie palladyna spotkać można
GG - 3746736
mail - meleth@interia.pl

osoby warte poznania
Artoo - przyjaciel od podstawówki
Amris - tak różni, tak podobni...
Iluzja - w poszukiwaniu wygranej
Strogonov - Brother in Arms...
Halleth - Człowiek godzien naśladowania

wojownicy - inne życie w sieci.


co palladynowi w duszy gra
Blind Guardian - od Bardów wszystko się zaczęło
Nightwish - ten głos, ten klimat... i co z tego, że jest pesymistycznie?
Rhapsody - legendary, enchanted lands of beautiful music
Queen - nieśmiertelna klasyka rocka, której jestem wierny już od 13 lat
Freedom Call - pełen optymizmu i podniosłości klasyczny power metal
Helloween - "We've got the power!"/"Happy, happy Helloween..."
Atrosis - solidny polski rock-gotyk
Dark Moor - ciekawy wokal, interesująca tematyka, dobre instrumenty
Manowar - mało która muzyka tak skłania do działania
HammerFall - co tu dużo mówić? najlepiej przesłuchać :)
Iron Maiden - Bruce, Eddie i inni - koło nich nie można przejść obojętnie
Metallica - żywa legenda
Iced Earth - ...bo wydali Horror Show...
Yngwie Malmsteen - niedościgniony wirtuoz gitary
Sonata Arctica - ludziska narzekają, ale mnie się podoba :P
Mooniligt - polski rock-gotyk o niesamowitym klimacie
Forgotten Tales - nieznani i niedoceniani, a szkoda
Clannad - niezwykle klimatycznie i mistycznie
Gregorian - doskonałe do kojenia nerwów
Therion - te chóry... :)
In Flames - not for the weak
My Dying Bride - klasyczny doom metal - piękny, ale gdyby nie ten wszechobecny growilng...

trochę podręcznych rzeczy
Dark Lirycs - słowa, słowa, słowa...
Power Metal - polski portal powermetalowy
Akademia Górniczo-Hutnicza - gwarantujemy Ci przyszłość w zamian za teraźniejszość :]
Bractwo Bordowego Płaszcza - inne życie w Wojownikach, gdzie jestem szanowanym przywódcą ludu :-)




2015
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2014
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2013
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2012
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2011
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2010
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2009
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2008
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2007
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2005
grudzień
listopad
październik
wrzesień
sierpień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
październik
wrzesień

Link :: 25.03.2010 :: 23:13
1... 2... 3...

Próba bloga.

Reaktywacja już wkrótce. W nowych okolicznościach i nowej, skandynawskiej scenerii. :-)
Komentuj (2)


Link :: 24.04.2009 :: 00:08
Dalsze zmiany...

Zmiany, zmiany, dużo zmian. Tak w sumie głosi hasło na zegarku, który niegdyś jako prezent od imć Hrabiego stał na moim biurku w pracy, a teraz zdobi moje biurko w domu. A co to za zmiany? Cóż... skończyłem uczelnię i jestem magistrem inżynierem, uzyskałem 2 dni temu status bezrobotnego w urzędzie pracy, zaczynam robić kurs na prawo jazdy, ćwiczę szermierkę i rozglądam się aktywnie za jakąś towarzyszką do rozmów, wciąż zwiększając liczbę koleżanek. No a poza tym to dostałem kataru. :-)

To tak wstępnie o zmianach. Teraz spróbuję coś rozwinąć kolejne myśli.

Uczelnia. W tempie ekspresowym dokończyłem magisterkę. Potem sprawa utknęła na jakiś czas z powodu opieszałości promotora. Cóż, wszak to bardzo zajęty człowiek, jak sam recenzent rzekł. Heh, ten ostatni przynajmniej przeczytał pracę (i ocenił na 6,0). Promotor tylko przejrzał, przeczytał wstęp, przescrollował podsumowanie, stwierdził, że jest dużo obrazków, wykresów i wzorów i mu się podoba, po czym wystawił ocenę 5,0. Potem już tylko zorganizowanie obrony - tydzień od złożenia papierów w dziekanacie już ubrany w garnitur czekałem pod salą a swoją kolej. A potem... cóż, nie bolało. :-) Na uwagę zasługuje fakt, że recenzent zadzwonił poinformować, iż stoi w korku i nie przyjedzie, więc załatwiono zastępstwo. A w połowie właściwy recenzent jednak dotarł i jako jedyny w historii miałem 4-osobową komisję. :-) ale i tak było fajnie. Stresik minął, było skupienie, była prezentacja, pytania od komisji i... tyle. Tytuł magistra inżyniera na całe życie. :-)

Praca. Na kilka dni przed obroną poszedłem do szefowe zapytać się kiedy przedłużymy umowę. Dowiedziałem się, że nie przedłużymy. Na razie zespół sięga dna, a nadzieje na podniesienie się są nikłe. No i część osób odpadła od zespołu. Żal, bardzo żal. Ale cóż, każda piękna historia musi się kiedyś zakończyć. Obecnie jestem na etapie poszukiwania nowej roboty. Na razie marnie mi to idzie. Brak inicjatywy czy możliwości na rynku? Chyba jedno i drugie. Chwilowo żyjemy więc z oszczędności... Cóż, wiedziałem, że po obronie magistra wszystko nie stanie się nagle różowe. Ale może to i lepiej - za łatwo by było. :-)

Prawko jazdy. Nic wielkiego, ot jutro zaczynam kurs. W końcu mam teraz nadmiar wolnego czasu. :-) Nie wiadomo tylko czy uda mi się pozytywnie zdać okulistę - 9 lat temu nie zdałem testu na widzenie trójwymiarowe i na czytanie lewym okiem. Teraz jednak gotów jestem powalczyć o swoje.

Szermierka. Strogowi w końcu udało się mnie wyciągnąć. I chwała mu za to! Wprawdzie w tej chwili czuję ból we wszystkich mięśniach kończyn, a także grzbietu, ale spoko, po kilku treningach minie. Jest ciężko, ale trzeba zacisnąć zęby i robić swoje. :-)

Poszukiwania. Ot, się rozglądam. Najpierw był fajny kontakt nawiązany z niejaką A., poznaną przypadkiem przy pomocy portalu muzycznego lastfm. Po kilku tygodniach rozmowy byłem już nawet lekko zauroczony. Dziewczę jest parę lat młodsza, studiuje na AGH, lubi metal i Pratchetta, czytała Tolkienowski Silmarilion, mia fioła na punkcie Gwiezdnych Wojen i smakowych herbat, a w wolnych chwilach haftuje i trenuje karate. A przede wszystkim - rewelacyjnie się z nią rozmawia! Generalnie nie mam już żadnych oporów, jak to było przy pannie Y. W rozmowie bywałem śmiały i nie szczędziłem miłych słów. Zostałem więc poinformowany, że ma faceta, No to pech... Ale do dziś się fajnie gada. :-) Podejście drugie - E. słucha metali, czyta fantastykę, lubi mangę i jest zagorzałą katoliczką - czyli coś jak ja. Gada się nawet fajnie. Ale po pierwsze - jest z Warszawy, a po drugie, cóż... nie podoba mi się ani trochę. I nie za bardzo wiem jak jej to powiedzieć? :/ Podejście trzecie - nie, nie będę zapeszał. Na razie nie ma o czym mówić. :-)

To tyle nowości. No, chyba, że jeszcze jedna. Dziś mieliśmy imprezę pożegnalną z okazji mojego i Pawłowego odejścia z pracy. Było bardzo miło, dostaliśmy mnóstwo życzeń powodzenia, dyplomik pamiątkowy i fantastyczny prezent od ekipy (szefowa nie mogła przyjść, ale przysłała ładnego maila i podarowała elegancki długopis i pióro) - medal z napisem "NAJLE4PSZY PRACOWNIK NA ŚWIECIE" i z bardzo miłym komentarzem. Ach, jakaż to wspaniała podbudowa! Fantastyczni ludzie! Tak żal się z nimi rozstawać... A ponadto, na pożegnaniu była też panna Y. Ubrana o wiele ładniej niż na co dzień. Ślicznie wyglądała. :-) Ale nie to jest ważne. Ważne jest to, że wreszcie mogłem uścisnąć dłoń jej chłopaka. I od tej chwili cuzję się całkowicie wolny! Po imprezie on poszedł, a ja, Paweł i Marta poszliśmy najpierw na zapiekanki - te same, które jedliśmy w dniu pamiętnych andrzejek. A potem odprowadziłem pannę Y. do domu. Wolny. Po tych 5 latach patrzenia w nią jak w obrazek, po tym 1,5 roku nieśmiałych prób zaciśnięcia kontaktów, po tych dramatycznych chwilach, załamaniach, wylanych łzach i całej masie bólu, wreszcie jestem wolny. Bo uścisnąłem jego dłoń i nie czułem ani grama żalu!

Na koniec link do bardzo mądrych słów o tym, że nie warto się poddawać.


Padłeś - powstań (by Kuerti)

Nie warto się poddawać, trzeba iść nadal przed siebie. Kto bowiem wie, co nas spotka jutro?





The Bard's Song - In The Forrest /Blind Guardian/

Now You all know
The bards and their songs
When hours have gone by
I'll close my eyes
In a world far away
We may meet again
But now hear my song
About the dawn of the night
Let's sing the bards' song

Tomorrow will take us away
Far from home
No one will ever know our names
But the bards' songs will remain
Tomorrow will take it away
The fear of today
It will be gone
Due to our magic songs

There's only one song
Left in my mind
Tales of a brave man
Who lived far from here
Now the bard songs are over
And it's time to leave
No one should ask You for the name Of the one
Who tells the story

Tomorrow will take us away
Far from home
No one will ever know our names
But the bards' songs will remain
Tomorrow all will b e known
And You're not alone
So don't be afraid
In the dark and cold
'Cause the bards' songs will remain
They all will remain

In my thoughts and in my dreams
They're always in my mind
These songs of hobbits, dwarves and men
And elves
Come close Your eyes
You can see them, too

Komentuj (1)


Link :: 13.02.2009 :: 00:53
Flame in the night...

Halo?

Hmmm... pusto tu coś. Dawno mnie tu nie było chyba...

(rozgląda się)

Jejku... ależ tu przybita atmosfera. Na niektórych pogrzebach bywa weselej...

(wzdycha)

Cóż, chyba się jednak rozgoszczę i zacznę swoją opowieść, bo są osoby, które długo na nią czekały. Może ona rozjaśni tutaj atmosferę...

(siada wygodnie i opiera plecy o ścianę, lekko skrzywia głowę)

Hmmm... od czego by tu zacząć? Pasowałby jakiś dobry wstęp, chwytliwe hasło na sam początek. Coś, co „łapie za uszy”.

(chwila milczenia, po której zaczyna gawędziarskim tonem)


Hmmm, może tak... Dawno, dawno temu w odległej galaktyce...

Ekhem...

Dawno temu żył sobie człowiek, zwany Meleth. Strasznie się zżymał ze swoim życiem, męczył codziennością i napotykanymi problemami. "Since he was small has no luck at all, nothing came easy to him." - zdawałoby się, że to o nim śpiewał wpierw Freddy Mercury (Queen), a potem Hansi Kursch (Blind Guardian) w coverze tejże samej piosenki. Cóż, miał gość czasem pecha w życiu i tyle. Raz bywało gorzej, raz lepiej. A potem znowu gorzej. Tych "gorzej" czasem bywało za dużo, czasem tak w sam raz, ale i tak przesłaniały te "lepiej". Zdarzało się czasem nawet kila miesięcy bez przerwy "lepiej", ale bywały też bardzo intensywne i wyniszczające "gorzej". Aż przyszedł czas kiedy tych ostatnich było już za dużo. Coś się popsuło. I przyszła depresja.

(chwila zamyślenia)

Taaak... było u wtedy ciężko, ale poradził sobie. Żal tylko trochę czasu straconego na to, ale cóż zrobić? Przez 3 lata żyło mu się jako-tako w bezpiecznej skorupie, odgrodzony emocjonalnie od świata. I było dobrze. Było dobrze, aż znów zaszło parę zmian w jego życiu. Nie był jednak na nie przygotowany, a chciał wypaść jak najlepiej. Znów się zżymał ze swoim życiem. I znów zawiódł. I znów wielkimi krokami szła depresja...

(kilkanaście sekund wyczekującej ciszy)

Ale tym razem coś się w nim zbuntowało. Wiedział, gdzie popełnił ostatnio błąd. Tym razem poprosił przyjaciół o pomoc i ją otrzymał. Ale wciąż nie było lekko poradzić sobie ze wszystkimi problemami, mimo pomocy co i rusz zataczał się na swej drodze, za każdym razem bliżej upadku, wciąż i wciąż podtrzymywany przez swoich przyjaciół. Mimo to upadek był blisko, blisko, coraz bliżej... Już, już, leciał ku ziemi, już miał uderzyć twarzą o kamienistą drogę. Ale – zupełnie jak na amerykańskich filmach – w ostatniej chwili nadeszła pomoc.

(lekkie westchnięcie)

Upadek został zatrzymany, ale nie przez jednego ze wzywanych przyjaciół. Pomoc przyszła z innej strony – z tej, z której się raczej nie spodziewał, prędzej sam był skłony słać swą pomoc w tamtym kierunku. Ale widać miało być inaczej.

(cisza...)

Nie ma potrzeby mówić kto, gdzie i jak. Ta Osoba wie, że o nią chodzi. Pewnego wieczoru po prostu poleciła mu do przeczytania jedną książkę. Potem przez kilka kolejnych wieczorów polecała... nie, prawie że wmuszała przeczytanie tejże książki. I dobrze wiedziała, co robi. W końcu on uległ, choć nie widział w tym głębszego sensu. Uległ, bo nie chciał robić tej Osobie przykrości, a poza tym stwierdził, że nie zaszkodzi, a nóż pomoże? No i pomogła. Co w niej było? Nie, nie było żadnych cud-poradników „jak żyć” ani nic z tych rzeczy. Tam było jedynie przypomnienie o tym, co ważne, co daje w życiu siłę i werwę do działania. Co daje radość i pozwala na budowanie lepszego siebie. Silniejszego siebie. No i nastąpiła przebudowa.

(podnosi głowę, uśmiecha się)

Te kilkadziesiąt stron książki oraz postawa, jaką przyjęła ta Osoba podając pomocną dłoń (za co z tego miejsca DZIĘKUJĘ) poruszyła dano zapomnianą machinę. Resztę uczyniła Wiara. „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia [Flp 4,13]”. Tak mówił przewodni cytat tej książki. Wystarczyło tylko uwierzyć. Co się stało potem?

Hmmm... od tamtej chwili minęły dwa miesiące. Wciąż pracuję w tej samej firmie, choć z okrojoną załogą, to nadal świetnie się tam czuję. I od czasu do czasu widujemy się ze starą załogą. Jestem na ukończeniu pracy magisterskiej – zaraz po otrzymaniu pomocy od tej Osoby zasiadłem do komputera i... po prostu rozwiązałem problem, na którym zawiesiłem się na 2 miesiące. Teraz dokańczam ostatni rozdział i myślę poważnie o złożeniu pracy u promotora do końca lutego. I co? Da się! Co tam jeszcze? Widuję się czasami z ludźmi, znajduję w tym wszystkim odrobinę czasu dla przyjaciół, znajduję też czas dla siebie. Podjąłem nawet naukę szermierki w celu zrealizowania jednego ze swoich marzeń, ale niestety poświęcenie się całym sercem temu sportowi odsunęłyby magisterkę na drugi plan, a biorąc się za magisterkę ze wszystkich sił, odsunął bym szermierkę na drugi, trzeci, czwarty plan. Zrezygnowałem więc, ale tymczasowo. Jeszcze mnie tam zobaczą! Udowodniłem jednak, że potrafię się pozbierać w sobie i iść na podobne zajęcia. Jeszcze sprawa domu – staram się godzić wszystkie zajęcia tak, aby jakoś wszyscy byli zadowoleni. Tymczasem przez niemal całe ostatnie 2 tygodnie zamieszkałem u siostry, która wyjechała wypoczywać za granicę. Całe mieszkanie dla siebie, sam decyduję o swoim czasie, z czego większość poświęcam jednak na magisterkę. Ale mimo wszystko – fajna sprawa. W takiej samotni (mieszkam teraz na drugim końcu Krakowa) można się wiele nauczyć o sobie samym i o swoich możliwościach. Co tam jeszcze zostało? Aha, ta jedna sprawa. Tak, wciąż jestem sam. Ale po pierwsze wyleczyłem się z Panny Y. – z powodu jej nietypowego hobby chyba jednak pozostaje poza moim zasięgiem. Oczywiście mógłbym się rozpisać teraz o jej wadach, ale nie ma sensu – skoro akceptowałem je w czasach kiedy „coś” do niej czułem, nie mogę ich teraz wyciągać na wierzch jako potwierdzenia, że dobrze zrobiłem wybijając ją sobie z głowy. W każdym bądź razie było, minęło. Gdybym jednak otrzymał kolejną okazję taką, jak ta – nie zastanawiałbym się za długo – wiedziałbym (mniej więcej) co robić i przede wszystkim działałbym. Przynajmniej tak czuje wewnątrz. A kiedy taka okazja się nadarzy? Cóż, pozostaje tylko czekać. A jak znudzi się czekanie, trzeba będzie brać sprawę w swoje ręce... :-)

Jak tam będzie w przyszłości, to jeszcze nie wiem, zobaczy się. Na razie cieszę się z mojego pozytywnego podejścia do życia już drugi miesiąc. Nie pisałem o tym wszystkim na blogu od dawna, bo nie sztuka pisać o Wielkiej Przemianie w 2-3 dni po niej. Sztuka to wciąż czuć jej skutki 2-3 miesiące po fakcie. Wtedy można zacząć mówić o przemianie, a nie tylko o wielkich postanowieniach.

Tymczasem trzeba zająć się najważniejszymi sprawami – wpierw magisterka, potem szukanie ciekawej pracy, podnoszenie swoich kwalifikacji (kursy, studia podyplomowe, prawo jazdy) a w międzyczasie realizować jakąś swoją pasję. Czemu by nie szermierkę? No ale zobaczymy co przyszłość przyniesie. Przede mną jeszcze wiele czasu i wiele od życia można w tym czasie otrzymać. I wiele może się zmienić. Pozostaje tylko mieć wiarę...

(wstaje, rozgląda się wokół)

Hmmm.. chyba zrobiło się tu jakby jaśniej, nie zauważyliście? A może to mnie się wydaje... W każdym bądź razie myslę, że przez jakiś czas smutek nie będzie tu gościł...

(uśmiecha się tajemniczo i zmierza ku wyjściu)

(po chwili odwraca się jeszcze)

Aha, na ożywienie trochę muzyki. Szlagier z dawnych lat, myślę, że warto go odkurzyć. Pasuje do sytuacji. No, może wykreśliłbym te zwrotki o śmierci i przekleństwie przez Ojca na Niebie – są już nieaktualne.

(znów się uśmiecha, odwraca i z podniesioną głową wychodzi)

(tymczasem rozlegają się dźwięki muzyki)





"Flame In The Night" /Freedom Call/

I call your name
and I wonder why
I should die to be free

Will I ever get a chance to try
Turning back the wheels of time
Back to the dawn of my days

Send me a sign and reopen the gate
Send me back home and release me from pain

And my star will shine like a flame in the night
My power and glory will rise forever
Like a flame in the night
Remeber the journey never ends

Fall from grace
Time to die
Is this the end of my days

Tell me fathers in the sky
Tell me why you damned my life
Why don't you end up my war

Send me a sign and reopen the gate
Send me back home and release me from pain

And my star will shine like a flame in the night
My power and glory will rise forever
Like a flame in the night
Remeber the journey never ends

Hope forevermore, crying nevermore
A lonely heart inside
I will set the score, end my inner war
That's burning up my mind
Hope forevermore, sailing distant shores
A lonely heart inside
I will set the score, rising from below
A raging war in mind

Send me a sign and reopen the gate
Send me back home and release me from pain

And my star will shine like a flame in the night
My power and glory will rise forever
Like a flame in the night
Remeber the journey never ends

And my star will shine like a flame in the night
My power and glory will rise forever
Like a flame in the night
Remeber the journey never ends


Komentuj (5)


Link :: 20.12.2008 :: 01:02
Smutno jakoś...

Bynajmniej nie chodzi o jesienno-zimową melancholię. Nie rusza mnie to, jak jest na zewnątrz pogoda. Bardziej mnie rusza to, jak układają się sprawy wokół mnie. A te ostatnio przyjmują niezbyt sympatyczny obrót. Kiepskich momentów się zbiera i zbiera, a tych wesołych, sympatycznych - jak na lekarstwo. Mimo wszystko wciąż się uśmiecham, ale wprawne oko odkryje, że to jest smutny uśmiech.

Ponad półtoraroczna przygoda z moją wspaniałą firmą dobiega powoli końca. Uświadomiłem sobie to jakoś ponad tydzień temu, kiedy opuszczałem biuro w ostatni dzień, kiedy byli obecni wszyscy członkowie mojej ekipy wariatów. To był zeszły czwartek, 11 grudnia. To był fajny dzień, jak wiele takich w tej firmie. Zdałem sobie sprawę, że widując się z tymi ludźmi dzień w dzień przez tak długi okres czasu, zżyłem się z nimi niesamowicie. Stanowimy, a raczej stanowiliśmy zgraną ekipę, rozumiejącą się, pomagającą sobie nawzajem no i wręcz tryskającą dobrym humorem. Jejku, takiej dawki uśmiechu nie odbierałem od bardzo, bardzo dawna. Porównać to mogę jedynie do wakacji 2003 i całego późniejszego roku szkolnego, kiedy zawiązała się paczka złożona z Yavanny, Kajki, Amrisa, Krzywego, KamilaJ, Pawełka, Jarreda, mojej skromnej osoby i kilkunastu innych, które spędzali z nami całe dnie w tamte wakacje. Wcześniej tyle radości odbierałem w 2 ostatnich klasach podstawówki. Ani wcześniej, ani później nie potrafię wskazać takiej ekipy i takich czasów, gdzie mógłbym się czuć tak dobrze, jak tutaj. Wiem, że warunki finansowe nie były najlepsze, że "najwyższe stołki" nie traktowały nas na tyle poważnie, na ile zasługiwaliśmy, ale... mimo wszystko, było przesympatycznie. Żal, żal rozstawać się z tymi wszystkimi ludźmi, ale niestety - nawet jeśli będę jeszcze przychodził do pracy po nowym roku (czego jeszcze nie wiem), to i tak zabraknie połowy z nich. Tak, żeby nieć co kiedy wspominać... z mojego zespołu "Kraków" zostanie jedynie dwóch liderów, Arek i Krzysiek, równe chłopy pracujące w firmie od lat. Niestety, Ania (szczebioczące, przesympatyczne stworzonko, którego wszędzie było pełno), Perła (agiehowiec z Nowej Huty), Domi (równy gość, pierwszy z naszego rocznika w firmie, który się obronił - dokładnie 4 dni temu), Paweł ode mnie z roku (dobry kompan od 5 lat), Paweł z rocznika młodszego (mój firmowy "padawan") oraz (ku zdziwieniu wszystkich) wspominany niegdyś tutaj Hrabia już u nas nie popracują. Nie wiadomo co ze mną. W sąsiedzkim, zaprzyjaźnionym zespole "Katowice" zostanie ciut więcej osób, które również pracuje od dawna w firmie: liderzy - Grzegorz i Rafał oraz projektanci Adaś, Sławek, Marta i Mario. Zespół niestety opuszczą nasi wspaniali agiehowcy - Marek (świetny kumpel od ponad 5 lat), Tequila (przyszywany kuzyn, równy gość a zarazem nieświadoma niczego przyczyna pewnych nieprzyjemnych przeżyć), Monia (sama radość i uśmiech), Michał (solidny człowiek, który wciągnął mnie do tej pracy), Krzysiek (kolejny solidny projektant, przejmujący się bardzo swoją pracą) a także nieodżałowana Panna Y. Trzeci zespół, "Wrocław" będzie się teraz składał z liderki Edyty i projektantki Magdy (wyrozumiała tancerka z imprezy andrzejkowej). Skała, Paweł, Bartek i Dawid niestety również nas opuszczają. Nie wiadomo, może ze 3 osoby z wymienionej listy pozostaną, ale są też osoby, które na 100% kończą swoją przygodę w tej firmie. Żal, żal. W tamten czwartek, kiedy wychodziłem z pracy, w tym ostatnim normalnym dniu w firmie dopadł mnie straszny smutek, że oto kończy się coś pięknego, coś wspaniałego. To, co przeżyłem przez te 1,5 roku w firmie warte było opóźnienia magisterki. Ech... wstyd przyznać, ale po drodze z biura na przystanek musiałem walczyć ze łzami pchającymi się do oczu... Smutno było...

W tym tygodniu byłem 3 dni na delegacji. Ostatniej w mojej karierze chyba. Mocny kontakt z liderem Krzyśkiem oraz kumplami Pawłem i Bartkiem - wieczorne piwko (z dala od domowej kontroli :P) w hotelu, jakiś film w TV i dziesiątki rozegranych partii w tysiąca, 66 i makao - o honor, a także czasami o to, kto idzie do sklepu uzupełnić braki w alkoholu. Fajnie było, Szkoda tylko, że straciłem 3 dni ostatniego tygodnia w pracy przed świętami. Czwartek natomiast, czyli wczoraj... niby normalny dzień, ale popołudniowe spotkanie wigilijne - pod krawatem i w eleganckiej kawiarni - sprawiło, że atmosfera była ciutkę sztywna. Na szczęście na samej imprezie się rozluźniło - znów czułem, że jestem pośród "moich" ludzi, że jestem "u siebie". No i jeszcze siedzieć przy stole z Panną Y. Nie widziałem jej tydzień wówczas, więc chłonąłem jej widok niczym woda gąbkę. Tyle jeszcze było mi dane... Wczoraj też ostatni raz był z nami Marek, z którym się doskonale rozumieliśmy przez 5 lat studiów, a którego pociągnąłem za sobą do firmy. Wtedy też Hrabia uroczyście ogłosił swoje odejście. Mimo, iż impreza była radosna, to w powietrzu czuło się atmosferę stypy i ten smutek czający się po kątach. Cóż, zgrany zespół się rozsypuje, więc nie ma powodów do radości. Cóż, w końcu trzeba było wstać od stołu i się rozejść. W planie są jeszcze jakieś imprezy wspólne, spotkania pożegnalne, ale... to będzie raz, a potem już długo, długo nic. Jak to zwykle bywa. Tak, wiem - byłbym w stanie co jakiś czas organizować spotkania ekipy. Tylko czy inni ludzie też są tacy pełni zapału, jak ja? Chciałbym wierzyć, że tak. Bo inaczej to smutno by było.

Co by nie mówić, w mojej pierwszej pracy znalazłem mnóstwo radości oraz ciepła. Zdarzało się, że co jakiś czas ktoś po chwalił mnie za coś - nie tylko za dobrze wykonaną robotę (bo to w sumie mój obowiązek), ale to, jaki jestem, moje zdolności, cechy charakteru. Co tu dużo mówić, znaleźli się ludzie, którzy chwalili MNIE i mówili MI miłe rzeczy, co stanowiło bardzo miłą odmianę od szarej rzeczywistości. Wciąż bowiem słyszę zewsząd, jak to na każdym kroku robię źle, że wciąż coś jest nie tak, że to źle, tamto niedokładnie, a siamto nieodpowiednio. Wciąż tylko ktoś pokazywał mi w którym miejscu robię źle, wciąż na własnej skórze także odczuwałem skutki własnych błędów, pomyłek czy zaniedbań. Jejku, może to zabrzmi głupio, śmiesznie i dziecinnie, ale... jestem słabym człowiekiem z bardzo kiepską pewnością siebie i poczuciem własnej wartości i potrzebuję od czasu do czasu usłyszeć, że coś zrobiłem dobrze, że zachowałem się odpowiednio, no i że po prostu jestem fajny, jestem w porządku i nie muszę się zmieniać, bo się mnie akceptuje takiego, jakim jestem. A tymczasem, wciąż tylko krytyka i poczucie własnej bezsilności. Naprawdę ciężko się kroczy własną ścieżką, jeżeli wciąż naokoło się słyszy, że powinno się iść nie tak, lecz tak. Trudno zachować przy tym równy krok. A z drugiej strony... jakie to fajne, miłe uczucie, kiedy raz na jakiś czas ktoś powie ci coś miłego, za coś pochwali, pośmieje się z twoich kiepskich dowcipów, doceni pewne talenty, uśmiechnie się na twój widok. Fantastyczne, po prostu fantastyczne uczucie. Szkoda tylko, że takie unikatowe. Teraz to się skończy, pozostanie tylko narzekanie. Smutno tak bez tego będzie...

Cóż, odchodząc z firmy, tracę nieodwracalnie pewną cząstkę siebie - ci ludzie stanowili moje otoczenie przez jakiś czas i będzie mi ich brakować. Na szczęście wciąż mam kilku przyjaciół, na których mogę liczyć. Ale niestety nawet oni nie zastąpią jednej osoby, z którą stracę kontakt. Przygoda z Panną Y, teraz zapewne już na dobre się zakończy. Oczywiście, chciałbym, utrzymywać ten kontakt jak najdłużej, bo to fantastyczna osoba, a takich jak najwięcej w towarzystwie! Ale... jak śpiewali tacy starsi już panowie: "Bo do tanga trzeba dwojga." Y. nie będzie chciała podtrzymywać tego kontaktu. Znów wydaje mi się, że mnie unika. Ale to może ja unikam ją? W każdym bądź razie na pewno uważa mnie za jakiegoś głupka, z którym nie da się ani pogadać na poważne tematy, ani pożartować, ani potańczyć ani wyjść gdziekolwiek, bo tylko wstyd przynosi. Może obserwowany z boku wydawał się fajny, ale poznany bliżej odpycha swoją bezbarwnością i obojętnością. A ja? Ja nie umiem inaczej. Wciąż mam swoje opory i wciąż przytyka mnie w jej towarzystwie. Ostatnio już przestałem nawet walczyć z tym. Nie staram się szczególnie o rozmowę, nie próbuję nawiązać kontaktu, a ostatnio nawet unikam. Wycofuję się, bo to i tak nie ma sensu. Choć czasem miewam pewne zrywy, to za jakiś czas same przemijają Nie, tutaj już nic nie da się zrobić. Po pierwsze - najprawdopodobniej ma kogoś. Po drugie, ma bardzo nietypowe hobby, któremu nie potrafię sprostać. Po trzecie - zbyt wiele gaf, zbyt wiele błędów, zbyt dużo stresu, zbyt wiele nieudanych prób nawiązania normalnych reakcji. Trzeba pogodzić się z rolą głupka w jej oczach. A szkoda, wielka szkoda. Po raz pierwszy od wielu lat uśmiechnęło się do mnie szczęście. Śliczna dziewczyna o urzekającym uśmiechu, wzorowej figurze i urodzie w moim typie. Inteligentna, pracowita, mająca poczucie własnej wartości z fajnym poczuciem humoru, trochę nieśmiała. Jej zainteresowania przy odrobinie wysiłku mogły mnie wyciągnąć z marazmu snucia się miedzy grą komputerową a książką, u jej boku można było zacząć żyć aktywnie, poukładać wiele spraw na nowo. Tyle możliwości! Lepszego ideału nie mogłem sobie wymarzyć. I co się stało? Zepsułem... nie, nie zepsułem. Spieprzyłem... nie, też nie. Spi******łem. Tak, spi******łem, to najlepsze wyrażenie na to, co się stało. Nie podołałem, zawiodłem sam siebie, rozwaliłem wszystko, nie dałem rady. Zawiodłem i usadziłem się w takim stanie na najbliższe kilka lat. Znowu. Bo drugiej takiej to przez wiele lat nie znajdę. O ile w ogóle. A nawet jeśli, to jaką mam gwarancję, że znowu czegoś nie spapram, nie zrobię czegoś źle? Wielkie szczęście i spełnienie kilku marzeń przeleciało mi koło nosa, a ja pozwoliłem temu uciec. Zgubiłem swoją szansę na szczęście. To raczej nie jest powód do zadowolenia. Wręcz przeciwnie... Żal. I smutno.

Przede mną wciąż kolejne nieciekawe chwile. Święta tuż-tuż. Już teraz pełne ręce roboty, nie ma się kiedy zająć swoimi sprawami. Porządkowanie, sprzątanie, glancowanie, gotowanie, pieczenie, mycie... to wszystko plan na najbliższe 5 dni, choć część z tego już trwa od 2 wieczorów. Porzucam więc pracę oraz nauką w ten czas i zakasuję rękawy do roboty. I choć wiem, że pewnie pod koniec tych pięciu dni wybuchnie z jakiegoś powodu awantura i znów usłyszę, że nic nie pomagam i że coś znów robię źle, to i tak biorę się za robotę. Bo czuję, że tak jest słusznie. Swoje przecierpieć trzeba. Potem 3 dni świąt. Czy w spokoju, czy w atmosferze awantury? Nie umiem powiedzieć. Co by nie było, i tak nie zmieni to zdania, że świąt żadnych nie lubię. Po świętach na 2 dni do pracy, a potem Sylwester. Nie załatwiłem sobie żadnej imprezy, pewnie spędzę go w domu. Ale nie chcę, bo swoim paskudnym humorem popsuję dobre humory rodziców oraz siostry z mężem. Nie, chcę się na tę noc wyrwać z domu. Gdziekolwiek. Ktoś pomoże? Tylko błagam, nie kosztem wpisywania mnie jako "piąte koło u wozu", nie chcę nikomu w niczym przeszkadzać. A co dalej? Wiem, że się powtarzam, że nudzę, ale... chcę skończyć magisterkę. Czy będę chodził do pracy, czy nie, chcę to skończyć. Muszę wpierw jakoś wygrzebać się z miejsca, w którym ugrzęzłem, wymyślić jakieś błyskotliwe rozwiązanie i iść dalej do przodu. Ale tym razem to wszystko bez taryfy ulgowej. Zrzucam wszelkie ograniczenia i ulgi, które narzuciłem na siebie w zeszłe wakacje. Wrócę do nich albo po napisanej pracy magisterskiej, albo po kolejnej wizycie u kardiologa - wtedy jednak będę mógł z czystym sumieniem powiedzieć sobie, że próbowałem wszystkiego i zawiodłem, starając się ze wszystkich sił. Ale na chwilę obecną, to jedyne co może mi się w nadchodzącym roku dać, co mogę przezwyciężyć i dopiąć swego. Chociaż jeden, mały sukces, jedno pocieszenie. Ale zanim to przyjdzie, trzeba będzie zarąbiście ciężko pracować. Trzeba będzie zapomnieć o częstych spotkaniach z ludźmi, tylko skupić się na nauce. Liczę na to, że przyjaciele okażą wyrozumiałość., kiedy stwierdzę, że nie mam czasu na spotkanie. Liczę z drugiej strony także, że nie odmówią, kiedy będę miał ochotę wyskoczyć do kina, pograć w Herosów, napić się piwa, wpaść na wieczorek filmowy czy też pogadać mądrze przez GG. To nie jest fair z mojej strony, ale chcę dołożyć wszelkich sił, aby w przeciągu 3 miesięcy móc odnieść jakiś sukces, a nie kolejną porażkę. Tylko czy podołam temu? Jak nie, to smutno będzie...

Generalnie nie jest różowo, czyli po staremu. Wciąż zagubiony w czasie i przestrzeni, nieustabilizowany, z licznymi obowiązkami i bez jakiejś genialnej wizji na odmianę tego wszystkiego. Wykształcenie daleko w tyle, praca i towarzystwo się kończą no i ta świadomość samotności i tego, że zawiodłem i spi******łem szansę u fantastycznej dziewczyny. Zatem, przede mnę kolejne kilka lat samotności. Oby jakoś to przetrwać. I zachować choć trochę woli walki, jaką obudziła we mnie Y. Zachować na przyszłe lata, bo może kiedyś jednak spotkam kogoś odpowiedniego? Ale tymczasem przyklejam smutny uśmiech do twarzy i starać się nie myśleć o tych wszystkich porażkach i ranach, które zadałem sam sobie, powoli, noga za nogą, wlokę się po mojej ścieżce życia... Tylko tak... smutno jakoś...


Piosenka na koniec. Jakże prawdziwa... :-/

Edguy - "Roses to no one"

I'm feeling this time
As bad as never before
A bleeding wag is fading away
Once you needed me
For spending delight
But below this funny mask
There's a crying face

The way that I smile is the way that I cry
But you'll never realize
My reputation is the one of a fool
Now watch how poet dies
Hear his cries

And I dedicate my roses to no one
Cause there is no mind to help me to see
The reason we need
A light for the lonesome
And no one to drink
The blood that I bleed

The poet inside, wasn´t giving a chance
so we had to lived apart
And I realized - my best friend am I
And not those parasites
Who try to stare into my heart

The way that I feel is the way that I heal
My body and soul and my life
And I know you just think I'm a fool
Now watch how a poet flies, see him rise

And I dedicate my roses to no one
Cause there is no mind to help me to see
The reason we need
A light for the lonesome
And no one to drink
The blood that I bleed

And I dedicate my roses to no one
Cause there's no mind to help me to see
The reason we need
A light for the lonesome
And no one to drink the blood that I bleed

And I dedicate my roses to no one
Cause there's no mind to help me to see
The reason we need
A light for the lonesome
And no one to drink the blood that I bleed



Edguy - Roses to no one



Komentuj (1)


Link :: 30.11.2008 :: 22:21
"On broken wings I try to fly..."

Mijają kolejne godziny, dni, tygodnie. Opowieść snuje się dalej.

W zasadzie nic nowego, a z drugiej strony trochę się dzieje. Dzielny mały Meleth stawia czoła kolejnym mijającym dniom, starając się z każdym krokiem przybliżyć dni, kiedy "wszystko będzie lepiej". Tak, wiem. Takie dni zawsze się zbliżają, ale nigdy nie nadchodzą. Trzeba akceptować los takim, jakim jest, a kiedy nikt nie patrzy, repecić przy nim ile wlezie, żeby jednak okazywał się łaskawszy. :-) Mówiąc prościej, żyję sobie z dnia na dzień, starając się nie tracić hartu ducha.

Życie jednak nie rozpieszcza i czasem bywa nieciekawie. Od 3 tygodni siedzę w jednym, martwym punkcie nad magisterką i nie mogę ruszyć z miejsca. Czasem cały dzień ślęczenia nic nie pomaga, a czasem jedna błyskotliwa myśl posuwa pracę ciut do przodu. W każdym bądź razie wciąż pracuję nad nowym programem do watermarkingu, starając się zredukować liczbę bugów w wymyślonej przeze mnie metodzie do minimum. Powoli nabiera to kształtu, ale ceną jest zbyt szybko upływający czas, mnóstwo nerwów i frustracji, a także szybciej wypadające/siwiejące włosy. Jak sobie pomyślę, że mój promotor żyjący zagadnieniem watermarkingu jest prawie zupełnie łysy, a gdzieniegdzie siwy, to mnie zgroza ogarnia. Ale nic to, zaciskamy zęby i dzielnie przegryzamy się przez kolejne linijki kodu. Byleby skończyć ten program, to potem już będzie lepiej...

W pracy wciąż nie wiadomo co z etatami. Od szefostwa wiemy tylko, że "dowiemy się wszystkiego za tydzień". To hasło dawało jednak nadzieję tylko przez pierwszy miesiąc powtarzania. W drugi zaczęło nudzić, a w trzeci - śmieszyć. W każdym bądź razie wszystkie znaki wskazują na to, że od stycznia będę bezrobotny, lub też pracował w firmie na niekorzystnej stawce. Niedawno pojawiła się też inna opcja - Kabuto, kumpel z liceum, a potem ze studiów załapał się niedawno do roboty w Motoroli. Firma ta słynie z ogromnych wymagań podczas rekrutacji, a potem z odpowiednio wysokiej pensji i prestiżu. W każdym bądź razie kusi. Są też jednak minusy - dojazd zajmowałby mi coś ponad 1,5h w jedną stronę, a poza tym praca tam skutecznie uniemożliwiłaby mi pisanie magisterki. Zostać z tym wrzodem jeszcze na najbliższe pół roku albo rok w zamian za wysoką pensję... bardzo wątpię czy warto. Z resztą żal by mi było opuszczać szalonej ekipy z obecnej roboty. Poza tym... tu mam blisko (niecała godzina jazdy) i elastyczne godziny pracy. Ciężka decyzja, ale trzeba ją podjąć. Najlepiej już... teraz. Im później się zainteresuję przyjęciem do Motoroli, tym mniejsze będą nadzieję na pozytywne ukończenie procesu rekrutacji. Zajeżdżać się w prestiżowej firmie za dużą kasę i być spokojny o przyszłość, czy napisać magisterkę będąc bezrobotnym i potem martwić się co dalej? Oto jest pytanie.

W domu ostatnio traci się poczucie spokoju. Dziś awantury cały dzień. Jak zwykle o bzdury. Jak zwykle wynikające z niemożności dogadania się, znalezienia kompromisu, wspólnego mianownika w rozmowie. Nie rozumiem tego. I nie potrafię skutecznie z tym walczyć. Robię co mogę, ale w zasadzie niewiele mogę. Tyle, że pilnuję aby nikt sobie krzywdy nie zrobił, jakby co. Zawsze coś. Sam też jednak nie mogę się ustrzec przed atakami. W tym tygodniu po raz pierwszy od ok. 1,5 miesiąca spotkałem się z Amrisem i ekipą na piwku (ot rozluźniające dwie puszki złocistego napoju, wypite w cieplutkim samochodzie kumpla, zaparkowanym przed jego domem - klimacik) a także wybrałem się na firmową imprezę andrzejkową. Skończyło się to kolejnym posądzeniem o alkoholizm i ostrzeżeniem przed rozpiciem się i stoczeniem na sam dół. Ja wiem, że rodzice się martwią, wiem, że mój świętej pamięci dziadek był alkoholikiem i "mam to w genach", ale... czy przez tyle lat nie zapracowałem sobie na jakieś zaufanie? A może nie? Może się mylę? może nie dociera do mnie, że faktycznie zbyt często pijam alkohol? Średnio 1-2 razy w tygodniu (czasem 3 razy, czasem w ogóle )mi się zdarza, bo zawsze "wpadnie jakaś okazja". Może faktycznie trzeba ograniczyć? Sam nie wiem co o tym myśleć. W każdym bądź razie nie uważam, że nie mogę bez tego żyć i nie staram się napić przy każdej możliwej okazji. Wydaje mi się, że ja panuję nad tym, a nie to nade mną, ale... czy ja zawsze muszę mieć rację?

Ostatnia sprawa. Latanie na połamanych skrzydłach. Może być trudne, prawda? A do tego można przyrównać moje jakiekolwiek próby nawiązania bliższego kontaktu z Panną Y. Przyjaciele mówią mi, żeby nie rezygnować, nie poddawać się. To samo mówi moja intuicja, która zawsze siedzi cichutko, a tymczasem od miesięcy drze się wniebogłosy nad tą jedną sprawą. Rację miał Amris komentując którąś z notek, że trzeba o wiele więcej, bym się poddał i z marszu zrezygnował. Widać zna mnie facet dobrze - nic dziwnego po 17 latach znajomości. W każdym bądź razie ulegam wszystkim głosom i namowom i nie chcę się poddawać. Ale... nie poddawać się nie oznacza jeszcze walczyć. Chciałbym na chwilę obecną jakoś rozwinąć ten kontakt - lepiej poznać ją, dać poznać siebie. Na razie nic więcej. Obserwować rozwój wypadków. Ale mimo wszystko nawet tego nie potrafię. Chorobliwa wręcz nieśmiałość wciąż mnie paraliżuje. Staram się, nie siedzę w kącie, żywo się udzielam w jej towarzystwie, ale w kontaktach bezpośrednich wymiękam, tracę głowę i nie potrafię zebrać racjonalnych myśli. Wciąż robię coś nie tak. A na zabawie andrzejkowej to już przeszedłem sam siebie...

Dzień czwartkowy był miły i sympatyczny. Fajny kontakt i w ogóle. Zepsuło się dopiero w naszej ulubionej knajpce, do której się udaliśmy przed samą imprezą, żeby się napić taniego piwa. :-) Otóż dowiedziałem się, że mój "przyszywany kuzyn", będący przyczyną mojego ostatecznego załamania po pamiętnym rejsie statkiem, wciąż nie odpuszcza. Ostatnio byli razem gdzieś za miastem wybierać motor dla niej. I pomyśleć, że ja się jarałem kiedy konsultowała ze mną kolor swojego przyszłego motoru przez GG. Ech, koleś ma to, czego ja nie mam. Inicjatywę. I nie jest nieśmiały. I nie wstrzymuje go to, że Panna Y. najprawdopodobniej ma kogoś - ewentualnie on o tym nie wie. W każdym bądź razie... nie bardzo widzę siebie konkurującego samodzielnie o tę Osobę, a co dopiero mając kogokolwiek za adwersarza. "Ech, ciężko będzie" - myślę sobie. I było. Gość nie odstępował Y. przez cały czas ani na krok. Normalnie jak jej cień -gdzie ona, tam i on. Głupio się czułem jako "ten trzeci" (pozdro dla Yav i Dela - Amris wie, o co chodzi...), ale dzielnie wytrzymywałem. Gość jednak był "mocniejszy". To zabrać ją na drineczka w docelowej knajpie, tu zafundować kamikadze, tu pogadać, tu się pośmiać. Szlag... czemu musiałem na to wszystko patrzeć? I co gorsza - czemu nie umiałem nic z tym zrobić? Myślałem tylko o tym, żeby uciec stamtąd jak najdalej, zaliczyłem nawet małego zawiasa. Na szczęście moje szalona ekipa z roboty nie pozwoliła mi zbyt długo siedzieć samemu w kącie. Normalnie złoci ludzie. Potem pojawił się koszmar. Tańce. O żeż... przecież ja nie umiem tańczyć! No ale wszyscy na parkiet, Y., jak pierwsza, a ja tuż za nią, a co! Obciach do kieszeni lewej, wstyd do kieszeni prawej, a nieśmiałość... szlag, kieszeni zabrakło. Nieśmiałość na bieżąco zwalczana z każdym nowym tańcem. "Damy radę!" - myślę sobie i podskakuję jak małpa przy kolejnym kawałku - "Gorzej być nie może". Otóż mogło. Zaczęły się tańce w parach. Kilku co lepszych tancerzy od razu dorwało dziewczyny z pracy, w tym Y. i dawaj wywijać po parkiecie. "No," myślę sobie, "byłem raz w życiu na kursie tańca. Dam radę!" Uff... oczywiście ON był szybszy i już ją obracał na lewo i prawo. Szlag, gość pochodzi z tej samej wsi, co moja rodzina. Tam zabawy taneczne są na porządku dziennym. Śmig, śmig, tańcu, tańcu, a mnie szlag chce trafić. Z przyklejonym do twarzy uśmiechem nadal jednak walczę z muzyką i chęcią ucieczki z parkietu. "Muszę się zdobyć na odwagę! Błagam, chcę zatańczyć z Nią choć jeden kawałek!". Na szczęście mój "przyszywany kuzyn" musi uciekać, jako że mieszka daleko i tra autobus złapać. Szybko odzyskałem rezon, odbudowałem jakąś tam pewność siebie i szukam jej na parkiecie. Widzę, że kolejny kolega śmiga z nią na parkiecie. Kiedy zaczyna się kolejny kawałek, ona mu się wyrywa, omija kolejnego potencjalnego tancerza i idzie... o ja pierniczę... do mnie! Dokładnie w moją stronę, wyciąga ręce, uśmiecha się, zaprasza wzrokiem. "Do dzieła!" - obudził się we mnie John Travolta, Fred Astair i Rafał Maserak w jednej osobie. Ale, ale... ojej... przecież to ONA. Stresssssss......

Y. : "Tylko wiesz, ja nie umiem tańczyć."
ja : "Ja też nie. Będzie fajnie, chodź!"

Nie było.

Oj, nie było.

Zjadł mnie stres. I fakt, że ona cały czas próbowała prowadzić. A może fakt, że ja próbowałem prowadzić zbyt stanowczo. Nawet jak przypominam sobie to teraz, po trzech dniach, aż mnie otrzepuje, dreszcze przechodzą przez całe ciało i mam ochotę walić łbem o biurko przede mną. Szlag... z jednej strony to było cudowne - móc przez te 30 sekund trzymać ją za rękę, obracać i uśmiechać się bez przeszkód. Ale ten stres, stressss... nic nie wychodziło jak powinno. dostałem swoja szansę i zjadł mnie stres a przede wszystkim brak JAKICHKOLWIEK umiejętności tanecznych. Szlag...

Y. : "Szukamy nowych partnerów!"
ja : "Yhy..."

Chciałem uciekać. Jak najdalej. Po tym kawałku zmyłem się, wziąłem 2-3 łyki piwa i schowałem się w toalecie. Dam przez kilka minut dochodziłem do siebie. Ech... kto nigdy nie był nie śmiały nie zrozumie... Czego najbardziej boi się człowiek nieśmiały podczas potańcówki? Po pierwsze tego, że wybrana partnerka odmówi tańca, a po drugie tego, że zostanie przez innych tańczących wyśmiany lub też odtrącony przez partnerkę. A mówią, że koszmary się nie spełniają... Czułem się, jakbym dostał butem w twarz. Nie chciałem w ogóle wracać na salę. Moja pewność siebie wykonała błyskawiczny manewr "pikowanie w dół", ale... Szlag! Tak nie może być! Nie, nie nie! Wziąłem się w garść. Dosyć tego! To była porażka, fakt. ale.. nie można się poddawać, zamykać, uciekać. Trzeba próbować dalej! Na gruzach dawnej pewności siebie wybudowałem prowizoryczne nową. Wróciłem na parkiet. Wziąłem do tańca koleżankę Magdę. Miła, sympatyczna, rok starsza, tańczy w zespole tańca irlandzkiego. Znaczy - tańczyć umie. I co najważniejsze, była wyrozumiała. "Dobra, tu poćwiczę i uderzam jeszcze raz, szykując jakiś tekst o drugiej szansie". Poszły dwa kawałki, fajno. Niepewność siebie do jednej kieszeni, obciachowość do drugiej, nieśmiałość za plecy. Oj, ciężko to wszystko utrzymać, ciężko, ale... "Wytrzymaj, wytrzymaj! Obrócisz z Nią parę kółek i wszystko będzie odbudowane i na swoim miejscu." Nadludzkim wysiłkiem pokonałem wewnętrzne bariery i zdobyłem się na dowagę poprosić ją do tańca!

Y. : NIE
ja ...

"Weźcie mnie stąd" To była ostatnia rozsądna myśl przez najbliższy kwadrans od tego wydarzenia. Kolejnych nie powstydziłby się niejeden dekadent i seryjny samobójca. To był koniec pewności siebie tego wieczoru. Nadludzki wysiłek człowieka nieśmiałego na parkiecie został nagrodzony zrealizowaniem dwóch najgorszych scenariuszy, jakie się tylko mogły wydarzyć. Mimo całej wiary w siebie, chęci i siły woli, wszystko się posypało. Wiem, teraz już wiem dzięki pewnemu Mądremu Człowiekowi, że po pierwszej wpadce nie powinienem prosić ją drugi raz do tańca, bo skoro ona przerwała wtedy, to musiała się czuć BARDZO zażenowana i zawstydzona naszymi koślawymi ruchami. Powinienem to wziąć pod uwagę, powinienem wiedzieć, ale... Kuźwa, skąd?!? Po pierwsze w jej towarzystwie nie myślę logicznie, a po drugie... niby skąd mam mieć doświadczenie w postępowaniu z kobietami? Ja nie wiem jak się powinno postępować, działam instynktownie i na połowie swoich możliwości intelektualnych i nie potrafię tego przezwyciężyć. Wygląda na to, że droga do szczęścia jest o wiele dłuższa i trudniejsza, niż mi się wydawało... :-/

Ech... z imprezy wyszliśmy jakiś czas później. Z pozycji siedzącej lub też quasi-tańczącej jako obserwator wyciągnąłem jeden wniosek - jejku, ależ Ona się bosko rusza i wygląda na parkiecie! :-) Nie ważne, czy tańczy solo, czy obraca ją właśnie któryś z kolegów z pracy... wygląda po prostu prześlicznie! Ten uśmiech, ta figura, te ruchy! Jejku, jak ja bym chciał być kiedyś przyczyną tego uśmiechu pełnego szczęścia. Niestety, ja potrafię wywołać jedynie minę pełną zażenowania. Niestety... :-/ Po imprezie przy pomocy koleżanki Magdy dostałem się na Mogilskie, stamtąd ostatnie 501 pod Hutę, a potem... wyproszona podwózka autobusem zjeżdżającym na zajezdnię. :D No i na końcu spacer przez spowitą mgłą moją dzielnicę Nowej Huty. Taki oddech po stresującym wieczorze...

Od tamtej imprezy minęły trzy dni. Wciąż ciężko mi się otrząsnąć. Przez cały piątek, sobotę i niedzielę nie tknąłem magisterki. nie mogłem się skupić w ogóle, lub też wypadały inne zajęcia domowe, imieniny u siostry albo dzisiejsza awantura. Ech... po tych andrzejkach wyciągnąłem jednak kilka wniosków:
1. Panna Y. ślicznie wygląda tańcząc.
2. Moja nieśmiałość jest do przezwyciężenia, ale z reguły kończy się to katastrofą.
3. Nie wejdę więcej na parkiet dopóki nie zrobię jakiegoś kursu tańca.
4) Panna Y. ślicznie wygląda tańcząc.
5) Muszę do końca roku zrobić coś z tą sytuacją, bo jeszcze jedna taka akcja i skończę w głębokiej depresji.
6) Trzeba coś w sobie zmienić, żeby uniknąć kolejnej takiej wtopy - na razie nie wiem co, ale to będzie coś z pogranicza cudu.
7) Panna Y. ślicznie wygląda tańcząc. Z resztą nie tańcząc też.

To tyle wniosków. Teraz staram się jakoś ogarnąć to wszystko - ewentualny wylot z pracy, kłopoty z magisterką, zawirowania w domu i kolejne porażki sercowe z mojej-i-tylko-mojej winy. Generalnie nie wygląda to dobrze i zarysem trochę za bardzo przypomina początek roku 2005, tyle że... teraz mam grupę przyjaciół, którzy nie pozwolą mi "iść na dno", na których mogę liczyć. No i wciąż mam wolę walki, wolę przetrwania. Dostało się ostatnio kilka butów w twarz, ale to nie znaczy, że ma się leżeć na ziemi i skręcać z bólu. Nie, trzeba wstać, rozmasować twarz i iść dalej. I wystrzegać się kolejnych butów, bo na pewno nadejdą. :-)

PS. Panna Y. wybiera się w lutym na 2 tygodnie do Maroka. Życzę jej samych fantastycznych przeżyć i tym samym pozdrawiam Inspiratora. :-)

A teraz piosenka, z której pochodzi tytuł notki. Jak zwykle proszę nie zważać uwagi na klip. Nie było lepszego. Proszę tylko słuchać. :-)

Demons & Wizards - "Love's tragedy asunder"

"Love's tragedy asunder" /Demons & Wizards/

Here in the shadows
There's no wishing well
May the Blessed one forgive me
Like so many times before
There's no saviour at the door
It won't matter anymore

Touch me now while we reach the end,
I wonder where you are right now, right now
Oh my dear

She still has sunshine in her weary eyes
A bed of roses to testify my love
A promise made, now I will make a try
There is no power in earth to tear us apart

Love's tragedy asunder
Oh, set your spirit free
Love's tragedy asunder
Do I believe?

Deep in the shadows there's no release
I believe
Deep in the shadows you won't find peace
I believe
We live in a dreamworld, it's over now
I'll take your hand, our time is soon to come

On broken wings I try to fly
I'm sorry I will get it by
All praise and glory to
All praise and glory to love

I've buried sunlight when I shutter eyes
Dead leaves to dust, the season's bloom
A glimpse of Heaven showed an angel cry
Tenfold the cries of Crack of Doom

Love's tragedy asunder
Wanted peace for me
Love's tragedy asunder
Will I be free?

Love's tragedy asunder
Will I be free?
Love's tragedy asunder
Falling misery
Love's tragedy asunder
Do I believe?
Love's tragedy asunder
Still I believe

Komentuj (3)


Link :: 08.11.2008 :: 16:59
A tribute to Y.

Blog Kuertiego

Polecam przeczytanie notki wskazanej linkiem. Padają tam mądre słowa. Rzeczony Kuerti to człowiek, którego Panna Y. zdaje się nie znać osobiście, ale do dłuższego czasu czytuje jego bloga i znajduje w nim swoją inspirację do życia, naśladuje jego poczynania, jest dla niej jakoby wzorem do naśladowania. I zapewne też wymarzonym ideałem faceta, ale tego już nie mogę wiedzieć. W każdym bądź razie, kiedy tak czytam notki z tego bloga, czuję się taki... mały i słaby. Chociaż jest we mnie sporo wewnętrznej siły i mam skąd ją czerpać, nigdy nie będzie jej na tyle, aby prowadzić takie tryb życia, jak Kuerti. Nigdy sam z siebie tyle odwagi nie wykrzesam. A na pomoc, pociągnięcie za kołnierz przez kogoś takiego, jak Panna Y. chyba nie mam co liczyć. Cóż, mam swoje rozliczne zalety, ale nie mam tych, których poszukuje owa osóbka. Do takich refleksji właśnie doszedłem, czytając tego bloga. Całkiem niedawno był czas, kiedy byłem gotów ze wszystkich sił stać się osobą wartą Panny Y., jednakże lektura przeżyć Kuertiego uświadomiła mi, na jakie szalone zadanie się zamierzam. To nie to, że nie wierzę w siebie. Nie. Po prostu... okoliczności nie pozwalają. Za mało we mnie dowagi, aby zupełnie zerwać z dotychczasowym życiem, choć powtarzam - był taki czas, że poważnie to rozważałem. Bo wiedziałem, że warto. Dla Y. warto by było. Wszak tyle lat już się z Nią oglądam, ale dopiero niedawno przyszedł mi do głowy "błyskotliwy" pomysł, że może by coś z tym zrobić. Ile to już? Będzie ponad 5 lat, jak ją zauważyłem...

Nie zapomnę tamtych słonecznych czasów, kiedy byłem na dobrej drodze, aby wszystko wyglądało dużo lepiej, niż dziś. To był październik, rok 2003. Siedziałem sobie przed budynkiem B7 na AGH i wraz z nowopoznanym kumplem przyglądaliśmy się studentom z naszego roku. Nowym towarzyszom. "O, patrz na tę glanówę! Fajna, nie?" Popatrzyłem. No, gość miał rację, faktycznie fajna. Dokładnie w moim typie. Przyjechała właśnie na rowerze, a na nogach rzeczywiście miała czarne glany (swoją drogą - nie mogłem zrozumieć jak można w glanach na rower iść... dziś już rozumiem). Szczupła sylwetka, długie, proste, ciemne włosy. Brązowe oczy i ładna twarz. No, całkiem miły widoczek. Od tego czasu często rzucałem jej ukradkowe spojrzenia. Nic ponadto, wszak wtedy byłem zafascynowany osobą Iluzji, wtedy jeszcze nie wiedziałem, że ta okazuje mi zainteresowanie, bo jej było mnie żal. No, mniejsza o to. Ta "glanówa" stanowiła taki swoisty balsam dla oczu. :-) Jakiś miesiąc czy dwa później, w budynku C1, po wykładzie z fizyki, znów rzuciłem jej to ukradkowe spojrzenie, kiedy wraz z tłumem kierowała się schodami ku wyjściu z budynku. A Ona dokładnie w tym czasie... uśmiechnęła się do kogoś. Do kroćset! Cóż to był za uśmiech! Zjawiskowy, przepiękny, powalający na kolana, po prostu cudny! Jego obraz wrył się do mojej świadomości i tkwi w niej do dziś. Ta scena przypomina mi sie za każdym razem, kiedy gdzieś w radiu słyszę piosenkę Blunta:

You're beautiful. You're beautiful.
You're beautiful, it's true.
I saw your face in a crowded place,
And I don't know what to do,
'Cause I'll never be with you.


Od tej pory na każdym niemal wykładzie wypatrywałem tej twarzy, tego uśmiechu. Uzależniłem się od niego. I tak było przez długie miesiące. Potem nastały nieciekawe czasy. Iluzja mnie opuściła, uważając, że swoje już dla mnie zrobiła. Yavanna, moja ówczesna przyjaciółka i pocieszycielka, dała kolejnego, ostatniego już kosza. W domu zaczęło się poważnie psuć. Ja oblałem swój pierwszy egzamin. To była Teoria Obwodów na 3. semestrze - pamiętam dzień wyników. Czekaliśmy długo w korytarzu, ze 2 godziny. W końcu profesor w całej swej łaskawości wywiesił wyniki. Sprawdziłem. "Jak to, oblałem? Ja? Najlepszy w podstawówce i jeden z najlepszych w LO teraz oblałem egzamin?" Normalnie załamka. Przybity ruszyłem w kierunku wyjścia, a tam zobaczyłem ich. Panna o przecudnym uśmiechu i jakiś długowłosy facet w kurtce z rogami (sic!). Nic nie robili, tylko trzymali się za ręce. Chciałem stamtąd uciekać, ale nie wypadało. To był zły dzień. Mimo, iż nawet oficjalnie nie znałem nawet wówczas Panny Y., po porażce z Iluzją i Yavanną marzyłem, aby ktoś taki, jak ta dziewczyna zwrócił na mnie swoją uwagę. No i trzeba było sobie wybijać z głowy. Potem było już tylko gorzej. Kolejne oblane egzaminy. Na przełomie roku 2004/2005 utrata pracy przez tatę. Wielkie awantury w domu. Wyniszczające psychikę. Sceny jak z jakiegoś amerykańskiego dramatu psychologicznego. Niepowodzenia na uczelni. rycie porąbanej elektroniki po nocach. Wciąż w pamięci porażki z Iluzją i Yavanną, która nie oszczędzała mnie po tym, jak próbowałem jej wytłumaczyć, że jej związek z DelaDeathem skończył sie dawno temu i już nie wróci. Jej słowa bolały, stałem się wrogiem numer jeden. Z powodu nauki nie spotykałem sie ze znajomymi, przyjaciele nie mieli dla mnie czasu, coś zawsze im wypadało. Nie miałem do kogo sie zwrócić. No i te ciągłe awantury w domu. Nie wytrzymałem, poddałem się. Wpadłem w depresję. Nie umiem powiedzieć czy w ciężką, czy nie, nie mam porównania. Ale nie było ze mną dobrze. Szczegółów oszczędzę. Fakt, że jeszcze do niedawna odczuwałem (a może i nadal odczuwam) skutki tamtych dni. Cała moja pewność siebie, wewnętrzna siła, odwaga, silna wola i hart ducha zawaliły się i zginęły - wówczas myślałem, że bezpowrotnie. Było źle.

Psychicznie byłem na samym dole. Niżej się nie dało, wiec zacząłem szukać innej drogi. Jedyna prowadziła w górę. Wówczas bardzo pomogła mi wiara. Tylko w Nim mogłem wtedy znaleźć oparcie. Swego rodzaju kopnięciem był dla mnie egzamin z Układów elektronicznych. Zdany zupełnym fartem po obniżeniu progu punktowego przez profesora. To było pierwsze jasne światełko od wielu miesięcy. Zacząłem się podnosić, szukać ludzi, znów zacząłem też zauważać ten piękny uśmiech w okolicy uczelni. Była połowa 2005 roku, a ja zdecydowałem się, że czas odbudować to, co zostało zniszczone. Odbudowa trwała długo. Na przełomie 2005/2006 roku były pierwsze efekty, zacząłem odzyskiwać radość życia. Cały 3. i ponad połowę 4. roku po prostu się uczyłem, czytałem książki, grałem w gry, słuchałem muzyki, spotykałem się z kumplami zerkałem w stronę Panny Y. Z początkiem 4. roku wypatrzyłem u jej boku nowego chłopaka. Ładny, przystojny, z kręconymi krótkimi blond włosami. Często przyjeżdżali razem na rowerach pod Katedrę Telekomunikacji. Raz byli nawet razem na wykładzie. Wtedy to ujrzałem w jej oczach to, czego również nigdy nie zapomnę. W tym spojrzeniu było tyle miłości, że można było w niej utonąć, patrząc tylko z boku. Od tej pory marzyłem, aby kiedyś zobaczyć coś takiego w oczach, patrzących na mnie. Chłopak miał naprawdę wielkie szczęście. Cóż, jednym, dane, innym nie. W tym miejscu należałoby dodać, że dotychczas nigdy nie udało mi się z Panną Y. porozmawiać, ani nawet wymienić zwykłego "cześć". Byłem zbyt nieśmiały, aby podejść do dziewczyny, która mi się podoba i po prostu zagadać. Z resztą... na samym początku była Iluzja, potem epizod z Yavanną, następnie odkrycie, że Y. ma faceta. Potem przyszło załamanie i utrata wiary w siebie. Nie potrafiłem wówczas ot tak, bez powodu, podejść i pogadać. Bałem się wyśmiania. A że chodziliśmy do różnych grup ćwiczeniowych przez 3,5 roku, to nie było ani razu pretekstu aby pogadać. Nie miałem szansy jej poznać - chciałem wiedzieć, czy jej wnętrze jest tak samo piękne, jak zewnętrze. Aż w końcu pojawiła się sposobność - na Narzędziach Sieciowych trafiliśmy do tej samej grupy laboratoryjnej. Przypadek sprawił, że zasiedliśmy do tego samego stanowiska laboratoryjnego. Co się napociłem i nająkałem to moje, ale mimo wszystko dobrze było. Aby zrobić wspólnie ćwiczenie, należało się wymienić mailem i numerami GG. Kontakt został nawiązany...

Panna Y. niestety okazała się mało rozmowna. Ale również niezwykle sympatyczna, inteligentna i pracowita. Charakter miała trudny do rozgryzienia, ale generalnie sprawiła wrażenie osoby bardzo pozytywnej. Troszkę udało mi się ją poznać, wychwyciłem u niej także jej zamiłowanie do podróży. Zgadaliśmy się trochę o literaturze. Była zaskoczona, że kojarzę jej ulubionego autora - Naila Gaimana. Zaczęła mi pożyczać jego książki. Wszystko było takie... naturalne i naturalne. Wiedziałem, że ma kogoś, co mi ułatwiło przebić się przez moją nieśmiałość i jakoś kontakt trzymać. Przez cały semestr byłem zadowolony, że mogę bez ukrywanych spojrzeń popatrzyć w tę piękną twarz, a nawet z nią porozmawiać i odkrywać walory jej osobowości. A potem skończył się 4. rok studiów i zaczęła się praca. I od tej pory ślady tego kontaktu zaczęły się pojawiać na tym blogu.

Zaczęło się od zwykłego zaskoczenia, że pracujemy w jednej firmie. Kontakt stał się częstszy - wspólne drugie śniadania, przypadkowe spotkania, krótkie wymiany zdań, wspólne tematy zawodowe. Było bardzo miło i ja czułem się wniebowzięty - móc widywać ją tak często! Ale potem przestałem straciłem kontrolę nad tym, co się działo. Jak już kiedyś pisałem pewnego popołudnia podeszła do mojego biurka, przysiadła na nim i zapytała kiedy idziemy do kina na "Gwiezdny Pył" - ekranizację powieści Gaimana. Naturalnie szybko podałem jakąś datę i byliśmy umówieni. W tym kinie oczywiście byłem zbyt przejęty tym wszystkim i mówiąc delikatnie nie błysnąłem formą, a nawet mógłbym uznać moje drętwe zachowanie za zniechęcające. Cóż, nieśmiałość zrobiła swoje. No ale nic, wciąż i wciąż pojawiały się w pracy pewne symptomy zainteresowania moją osobą. O, jakiż wówczas byłem głupi! Bałem się! Byłem przerażony, że taka wspaniała dziewczyna interesuje się moją osobą. Nieśmiałość mnie rozbrajała, to raz. Ale... ja po prostu nie wierzyłem, że to się dzieje naprawdę i nie zrobiłem nic w kierunku zaciśnięcia tej znajomości. Niestety, echa tamtych "złych" czasów wciąż jeszcze się nade mną roztaczały i nie potrafiłem pozbierać sie w sobie. Tymczasem... uczucie wewnątrz mnie wpierw się rodziło, potem rosło i rosło coraz bardziej, a ja nie zdawałem sobie z tego sprawy. Tylko cieszyłem się na myśl o częstym kontakcie z Panną Y. i... nic więcej. Żadnej inicjatywy z moje strony. Ech... aż się żal teraz robi na wspomnienie tego. Tak wegetowałem, utrzymując z Nią stały kontakt, ale tak naprawdę donikąd to nie prowadziło. Mimo dwóch kolejnych wyjść do kina, kilku wypadów na piwo, pamięci o Jej urodzinach i drobnym prezenciku... moje zachowanie było jednak bardzo obojętne. Taki odruch obronny przed czymś nowym. I tak trwałem tylko w stopniu koleżeńskim, marząc o czymś więcej, ale nie mając odwagi niczego z tym zrobić. Aż nadszedł ów pamiętny dzień rejsu statkiem po Wiśle. Dokładnie można o tym poczytać parę notek wcześniej. Doszło wtedy do poważnego załamania i uświadomienia sobie własnej bezsilności. Poprosiłem wówczas moich Przyjaciół o pomoc. I wspólnymi siłami udało się mnie wyciągnąć z tego marazmu. Trwało to kilka tygodni, ale... to nie było już kilkanaście miesięcy, jak ostatnio! Szybko się podniosłem i zacząłem walczyć, sam ze sobą. Zacząłem odkopywać te cechy charakteru, które poginęły we mnie w 2005 roku, a które teraz bardzo by się przydały. Odbudowa, odbudowa, jeszcze raz odbudowa. I wszystko to z myślą o Pannie Y. Byłem zdeterminowany. Byłem zdecydowany zmienić tryb życia. Zdążyłem się już zakochać w życiu podróżnika i aktywnym spędzaniu czasu. Zacząłem planować kolejne działania aby stać się kimś takim, kogo Y. mogłaby zaakceptować jako swojego chłopaka, aby można było razem spędzać czas i aby móc uczynić ją szczęśliwą. Pozbyłem się tej skorupy, którą obrosłem od czasu porażek z Iluzją i Yavanną. Nauczyłem się iść przez życie z głową podniesioną i z uśmiechem, pomimo trudności. Jak niegdyś, przed 2005 rokiem.

Wiadomość o tym, że Y. odchodzi z firmy nie spadła nagle. To było do przewidzenia wcześniej. Uruchomiłem kogo trzeba aby znalazła pracę w Warszawie. Daleko ode mnie, ale praca ta dawała dobre zarobki, które pozwoliły by na spełnienie jej marzeń, związanych z motorem. A jej marzenia są przecież najważniejsze, obok moich, prawda? Przygotowałem się także do rozmowy. Nie, nie chciałem niczego wielkiego wyznawać, jeno zapytać czy moglibyśmy się częściej widywać, a potem zobaczyć dokąd zaprowadziłaby ta rozmowa. Wybrałem scenerię, Y. zgodziła się na spotkanie. W zaciszu ukrytej Sali Kokardowej w Nowej Prowincji, przy kubku gorącej czekolady miałem zagrać va banque. Stało się jednak inaczej. Wyszło, że ma chłopaka, tyle że nie wiem gdzie. Straciłem rezon, ale jakoś utrzymałem twarz do końca rozmowy. Z wielkich planów nic nie wyszło, dowiedziałem się że jest zajęta na kilkanaście minut przed otwarciem się. Od razu na myśl przyszło mi lato 2003 roku, kiedy po powrocie z rekolekcji pełen wiary w siebie miałem otworzyć się przed Yavanną, pogadać, zagrać va banque, a na kilkanaście minut przed spotkaniem Amris poinformował mnie o tym, że Yav jest razem z DelaDeathem. Uchronił mnie tym samym przed trudną sytuacją. Tym razem zostałem poinformowany przypadkowo przez samą "zainteresowaną". I dobrze, pozwoliło mi to zachować twarz i tę znajomość. A historia z Y. dobiegła końca.

Notki pożegnalne już były. Teraz tylko pozostaje mieć nadzieję, że obecny facet Panny Y. jest kimś takim, jak Kuerti z prezentowanego na początku notki bloga. I że znajdzie przy nim swoje szczęście. Czy żałuję, że stało się tak, jak się stało? Cóż, na pewno - uciekła mi "sprzed nosa" wspaniała dziewczyna - drugiej takiej ze świeczką szukać. Ale są też dobre strony tej znajomości. Dużo dobrych stron. Znajomość z Panną Y. przyniosła więcej dobrego niż złego.

Przede wszystkim... przede wszystkim dzięki niej udało mi się pozbyć tej przeklętej "skorupy", w którą się przyoblekłem po ostatnich porażkach. Przez długi na każdą nową rzecz lub na każde nieprzyjemne przeżycie reagowałem ucieczką, chowaniem się w cieniu, unikałem wyzwań. Nie widziałem dla siebie szansy, żeby choć pomyśleć o jakimś związku. Za bardzo się bałem, za bardzo bolało wtedy, za dużo przeżyłem. Brak odwagi i brak motywacji. I tak sobie mogłem trwać przez wiele lat jeszcze, gdyby nie Panna Y. Ta osoba stała się swego rodzaj "wabikiem" - jej przebojowa osobowość i przecudny uśmiech sprawiły, że nie tylko wychyliłem się z tej skorupy, ale stwierdziłem, że czas najwyższy porzucić ją w cholerę, skoro po świcie chodzą takie zjawiska, jak Panna Y. Było ciężko, dostawałem po tyłku, ale zamiast się chować jak to zwykle, stwierdziłem, że nie, że warto, że trzeba sie starać. Wciąż mając przed oczami jej uśmiech z 1. roku i to, co widziałem w jej oczach na 4. roku miałem odpowiednią motywację, by się starać, by porzucić wreszcie cienie przeszłości i odważnie skierować twarz ku temu, co nadejdzie. Myślę, że po Krakowie łazi bardzo niewiele takich niewiast, które byłyby w wstanie wywabić mnie z moje "kryjówki". Nie dość tego, Y. "zmusiła" mnie do podjęcia działań ofensywnych - po raz pierwszy od wielu lat zdecydowałem się zaaranżować coś w rodzaju randki - spotkanie z koleżanką przy rynku w kawiarence na filiżankę gorącej czekolady - możecie się ze mnie śmiać, ale dla mnie to był czysty heroizm. Cóż, okazało się, że takie spotkania "nie gryzą", a nawet mimo gaf i wpadek mogą być sympatyczne. I że warto próbować z następnymi, gdyby znów nadarzyła się okazja. A poza tym... Panna Y. uświadomiła mi także jeszcze jeden, poważny problem, a mianowicie moją nieśmiałość. To nie chodzi o to, że ja jestem jakiś lewy, że nie potrafię zainteresować sobą żadnej kobiety. Nie! Jestem fajnym gościem, który radzi sobie w życiu i potrafi być interesujący, tyle że... jak już spotkam jakąś dziewczynę, która mi się podoba, wówczas staję się zwykłym nieokrzesanym ćwierćmózgiem i całą swoja energię zużywam na to, by nim nie być, zamiast na to, aby jak najbardziej umilić wspólnie spędzony czas. To jest poważny problem i wiem, że jak nic z tym nie zrobię, to kiedy spotkam kolejną taka fantastyczną osobę, jak Y., to znów będę się jąkał, przynudzał i okażę się typem nie wartym żadnego zainteresowania. Z tym trzeba coś robić, a gdyby nie historie z Panną y. pewnie nie dopuszczałbym do siebie myśli, że to zwykła nieśmiałość mnie tak paraliżuje. Co jeszcze się zmieniło dzięki Pannie Y.? Ostatnia notka o tym opowiada - odzyskałem wiarę w marzenia i w ludzi. Widziałem, jak potrafi się cieszyć ze zrealizowanego marzenia. Widziałem, jak potrafi patrzeć kobieta zakochana. To są dla mnie bardzo rzadkie widoki "na żywo". Y. przypomniała mi, że można się realizować, nawet jeżeli jest to bardzo trudne, bo przychodzi kiedyś taka chwila, kiedy wszystkie pokonane przeszkody przestają się liczyć, a liczy się tylko spełnione marzenie. Kto wie, może dzięki takiemu myśleniu uda mi się odgrzebać dawno temu pogrzebana pasję? Zobaczymy.

Jest jeszcze jedna rzecz, jaką zyskałem dzięki Pannie Y. To... kumpela postaci jej osoby. Nie znamy się może tak dobrze, jak starzy kumple, ale... w zasadzie mam tak niewielu znajomych płci odmiennej, że każda osóbka, zwłaszcza takiej jakości jak Y. jest swego rodzaju skarbem. No bo jak inaczej mam się oduczyć mojej chłopięcej nieśmiałości, jak nie w towarzystwie żeńskim? Z resztą zawsze dobrze mieć parę dziewczyn jako kumpele, wprowadza to do życia sporo kolorów. A osobowość Panny Y. to już w ogóle ubogaca życie jak mało co. Jak wiec widać, bilans znajomości z Nią jest bardzo na plus. Mimo iż nie marzę już o niej jako o najbliższej mi osobie, cieszę się, że mam taką wspaniałą koleżankę, jak Ona. Cieszę się, że ma poukładane życie, ma pracę, najbliższą osobę, marzenia i cele. Nie chciałbym, aby w jakikolwiek sposób utraciła to, bo zasługuje na to jak najbardziej. Chciałbym tylko kiedyś zrobić jedną rzecz: uściskać ją mocno i powiedzieć: "Dziękuję za wszystko. Dziękuję za to, że jesteś!" Niestety, nie będzie mi to raczej dane, ale przynajmniej wyrzuciłem to z siebie. To już coś. :-)


Na koniec jeszcze dedykacja muzyczna. Tę piosenkę Panna Y. wysłała mi kiedyś mailem w pracy. Do dziś nie wiem, czy chciała się podzielić ładnym utworem, czy może chciała mi przy jego pomocy coś przekazać. Niestety sprawy ułożyły się tak, że pewnie nigdy tego się nie dowiem. Szkoda. No cóż, dedykacja dla kogoś, kto jej i tak nie odsłucha, ale co tam. A gdyby jednak jakieś nieszczęście przywiało ją na tę stronę, to do dedykowanej piosenki dorzucę coś jeszcze: "Dziękuję za to, że jesteś, Yaheiro!" :-)

...

(tym razem bez tekstu - tej piosenki trzeba posłuchać, a nie poczytać - tylko proszę o cierpliwość i wyrozumiałość dla 1,5 minuty pogadanki przed utworem - to wersja koncertowa)

Komentuj (8)


Link :: 03.11.2008 :: 21:12
I znów przed siebie

Tak się przyjrzałem kilku ostatnim notkom ze swojego bloga - tak od imprezy na statku aż do ostatniej - i doszedłem do wniosku, że strasznie mnie to wszystko przybiło wtedy. Wszystko, czyli te kilka wydarzeń, które doprowadziły mnie na skraj depresji. Wszystko, z relacją do panny Y. na czele. Rąbnąłem zdrowo o dno, a efektem było tych kilka dekadenckich notek. Cóż, głupi człowiek był, ale się przynajmniej paru rzeczy nauczył. A w zasadzie to uderzenie o dno było mi potrzebne. Potrzebne, aby rozbić skorupę, w którą obrastałem przez ta wszystkie lata. Teraz świat widać w zupełnie innych barwach. No, to taka mała dygresja na początek. :-)

U mnie ostatnio jakoś to płynie, raz wolniej, raz szybciej. W pracy pogoń była ostatnio, a to z racji pilnego projektu na Chorzów. ale jakoś podołałem i w 3,5 dnia pracy zaprojektowałem sieć dla 475 mieszkańców tego oryginalnego śląskiego miasta. :-) W domu w miarę spokój, nie licząc kilku drobnych spięć. Magisterka za to chwilowo leży, a to z powodu tego, iż mojemu współmagistrantowi skradziono laptopa i jesteśmy trochę do tyłu z powodu straconych danych. Na szczęście większość była u mnie na dysku, więc nie jest tak źle. Tylko zapał znów spadł. A poza tym choróbsko, którego się nabawiłem na wycieczce w góry, wciąż daje o sobie znać, osłabia i zniechęca do wszelakiej pracy.

Ale powoli rodzi się nowa motywacja. Powoli, i nie wiadomo czy się urodzi, ale może jednak warto zaryzykować. A wszystko zaczęło się... tak, znów od Panny Y. Ale tym razem w innym kontekście. Pewnego dnia wychodząc na obiad dała znać, że może do niej przyjść paczka i żebym w miarę możliwości przypilnował tego. Oczywiście kilka minut po tym, jak wyszła, zauważyłem niepokój pośród dziewcząt z recepcji, które chodziły po firmie i kogoś szukały. Tknięty intuicją pozostawiłem moich towarzyszy posiłku i zorientowałem sie w sytuacji. Okazało się, że posłaniec już od paru minut czekał na portierni. Szybki telefon i już potem widzę, jak Y. idzie na swoje miejsce pracy zadowolona jak Kaczyński po wyborach na prezydenta, taszcząc ze sobą wielką pakę. Otóż okazało się, że przyszedł zamówiony... skórzany strój na motor. Oj, ludzie ludzie... wyobraźcie sobie... długowłosa, ruda piękność w skórzanym kombinezonie. Przy jej idealnej sylwetce i długich, prostych włosach spływających miękko po ramionach do połowy pleców... Argh... Co za widok. Laski z "Fast & Furious" nich się pochowają! Ale, ale... nie o tym miałem. :-) Ważny był nie cudny widok jako taki, ale sam wyraz twarzy Panny Y. Wszechobecne szczęście, radość i takie dziecięce podniecenie, jakby prezentem dostanym od choinkę. Taki wyraz twarzy ma człowiek, który realizuje swoje marzenie. A marzeniem Y. jest szeroko pojęta jazda na motorze. Prawko już ma. Uniform, kask i buty też. Zostały jeszcze rękawice i motor. :-) W każdym bądź razie, kiedy przymierzała w pracy i cieszyła się tym ubraniem, otaczał ją wianuszek osób, ciekawskich i cieszących się razem z nią, zainteresowanych żywo uniformem. Po pierwsze nie widzieć czemu, siedząc z boku byłem niesamowicie dumny... dumny z Niej! Cieszyłem się, że potrafi realizować swoje marzenia i że wszyscy wokół ją podziwiają. Po drugie przyszła myśl, że miło byłoby samemu choć na chwilę w ten sposób znaleźć się w centrum uwagi. I wtedy przyszła ta myśl - gdybym zaczął realizować to drugie z dwóch największych marzeń, wówczas wzbudziłbym zainteresowanie o wiele większe niż Panna Y., przynosząc choć fragment ekwipunku. No ale nie o zainteresowanie tu chodzi - poczułem, że to może przynieść mi szczęście! Wszak teraz już nic konkretnego nie stoi mi na przeszkodzie w realizacji tego marzenia, gdyż argument o braku finansów mogę już schować, więc w sumie... dlaczego by nie? Fakt byłoby to niesamowicie trudne, ale... gdyby się udało, odnalazłbym tak długo poszukiwane inne, lepsze życie. Ech... daleka, bardzo daleka droga, ale... może i wyjście z bieżącego marazmu i drogi donikąd? skoro jedno z marzeń nie może być na razie zrealizowane, czemuż by u licha nie realizować drugiego?!?

Ale... jednak faktycznie, coś stoi na drodze. Moja ulubiona zawalidroga, co się magisterką zowie. Co należy więc zrobić? W końcu ją przepchnąć! Chwila na taki zryw nie jest najlepsza w sumie... Promotor narobił nam zamieszania zmieniając koncepcję pracy i straciliśmy część materiałów wraz z laptopem kolegi. Moja uwaga jest trochę rozproszona, a to z powodu serca, które tęskni do Osoby, która nie zwraca na mnie większej uwagi a ponadto ma już kogoś w swoim własnym sercu. W pracy sytuacja wciąż jest niepewna, wciąż nie wiem, czy za 2 miesiące nie będę bezrobotny. No i zbliża się końcówka roku. Święta, których tak nie lubię. I kolejna groźba utraty pracy przez tatę, która regularnie od pacu lat skutkuje grobową atmosferą w domu na przełomie grudnia i stycznia. No i dodatkowo antybiotyk, który biorę od paru dni osłabia i sprawia, że wszystko co by sie chciało, to leżeć i odpoczywać. I jak tu brać się efektywnie za robotę, skro wszystko zewsząd jest na przekór planom, skoro przeszkody się piętrzą?

Powiem Wam, jak. Tak po prostu. Nie zważając na ból fizyczny i psychiczny. Po prostu siąść i działać, pracować, robić. Nie poddawać się i walczyć. Bo tego wymagają marzenia. Jak mawiał niejaki Duke Nukem a starej grze komputerowej: "Let's rock!" :-)

I jeszcze piosenka. Dedykacja dla przyjaciela, z którym w chwili obecnej rozmawiam. W zasadzie dedykacja dla nas obu. Trzymaj się, chłopie! :-)

"In Vain (I Won't Go Down)" /Rage/

This is my life and I won't compromise or waste my time
All I have done I did on purpose 'cause I want it to do
if I was wrong I'm very sorry but this happens when you try
sometimes you cann't forsee how things are working out
and what it's about...

if it all was in vain I won't sigh for a single day
I'll do it again and again
If it was in vain I will wait for another time
I swear. I won't go down again

And if I doubt I might have failed even before the day is done
how can I know if I don't dare?
Am I allowed do it twice if I don't make it at first time?
Then I will learn from my mistakes and I'll do right
haven't I try...?

if it all was in vain I won't sigh for a single day
I'll do it again and again
If it was in vain I will wait for another time
I swear. I won't go down again

I know you know that we can
We hold the key in our hands
to make it better, then it wasn't all in vain.


Rage - In Vain (I Won't Go Down)


Komentuj (0)


Link :: 25.10.2008 :: 22:48
Epilog

Epilog czego? Ano historii, która toczy się już ciut więcej niż 5 lat, a której głównym bohaterem, a w zasadzie bohaterką, jest wspominana często panna Y. Ale zanim przejdę do rzeczy, krótka relacja z dwudniowego wypadu w góry.

6:00 - pobudka. Niecałą godzinę później już w drodze do pracy i koło 7:45 na miejscu. Bus już czeka, podobnie szefowa oraz jeden z projektantów. Wyjazd w sumie opóźnił się o 30 minut z powodu innego projektanta, któremu uciekł autobus. Bywa. 9:30 i opuszczamy parking pod firmą i ruszamy w doborowym składzie do Wisły. Po drodze trochę śmiechawy, trochę dosypiania, a koło południa już na miejscu. Plecaki na plecy, gratisowy batonik od szefowej do kieszeni i ruszamy w kierunku Baraniej Góry! :-)

Miałem poważne obawy co do tej wyprawy, a konkretnie obawy kondycyjne. Wciąż pamiętałem, jak rok temu idąc na Turbacz wpierw trzymałem się grupy najmocniejszej, ale szybko wymiękłem i przyłączyłem się - chcąc nie chcąc- do grupy pracowników o wieku ciut powyżej 30 lat i na nie wyglądających na zapalonych taterników, jednakże ci też mieli zbyt szybkie tempo, a po pewnym czasie dogoniła mnie grupa dziewcząt, która w miarę szybko też pozostawiła mnie daleko we tyle i w sumie część szlaku pokonywałem sam, docierając do schroniska w chwili, kiedy ekipa kończyła już pierwsze piwo. Na szczęście tym razem tak nie było. Fakt, nie dotrzymałem kroku kolegom Markowi i Michałowi, ale to akurat żaden wstyd (a panna Y. mówi nawet, że w podejściu pod górę potrafi Marka wyprzedzać - na szczęście nikt tego nie sprawdzał, bo nie pojechała z nami). Trzymałem się jednak niedaleko ich pleców i w czele stawki pozostałych osób. I chociaż było ciężko, dostawało się zadyszki a nogi zaczęły wchodzić tam, gdzie plecy tracą swoja szlachetną nazwę, to jakoś zdzierżyłem. Chyba bieganie ze Strogiem przez całe wakacje swoje zrobiło. :-) Ba! Pozwalałem sobie nawet na krótkie postoje w celu zrobienia zdjęć. Gdybym miał jakiś internetowy albumik, może wrzuciłbym coś, niestety nie chce mi się go zakładać. :P No, ale mniejsza o to. Na szczyt Baraniej Góry dotarliśmy wymęczeni, ale zadowoleni. Tam czekało mnie kolejne wyzwanie - ok. dziesięciometrowa wieża widokowa, skonstruowana z żelaznych elementów - krat, dzięki którym dało się widzieć cały czas drogę w dół, wspinając się na jej szczyt. Ech... lęk wysokości do kieszeni i idziemy, a co! Wysiłek był warty widoku, który się tam rozpościerał. Polecam gorąco! Na szczycie kilka fotek, chwila odpoczynku i droga do schroniska.

Dotarliśmy tam już grubo po 16:00. Szybko podano obiad, który pochłonęliśmy jeszcze szybciej i przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. W zasadzie kilkanaście minut ogarnięcia się wystarczyło, a potem zaczęliśmy szukać sobie zajęć. W centrum zainteresowania znalazł się miejscowy stół pingpongowy. W zasadzie nie umiem grać w pingponga, więc tylko stałem z boku i się patrzyłem jak inni grają i się dobrze bawią. Hmmm... nie, coś nie tak, coś trzeba zrobić. kiedy tylko skończyła się jedna z partii, na pytanie kto teraz gra, pierwszy sie wyrwałem, że ja. Dopiero potem przypomniałem, że nie potrafię grać, ale co tam. W miarę szybko zacząłem sobie trafiać w piłeczkę, a że pozostali gracze też nie byli na olimpijskim poziomie, to było z tego wszystkiego tylko kupa śmiechu i zabawy. Wystarczy się tylko trochę przełamać, zapomnieć o urazie do wyśmiewania sie ze mnie i już można przestać chować sie w cieniu, patrząc z zazdrością jak inni się dobrze bawią. A co ta, niech sie ze mnie pośmieją, ja się pośmieje razem z nimi. :-)

W końcu nastał wieczór. Wpierw oficjalne prezentacja z zakresu AutoCADa przygotowana przez jednego z projektantów jako przykrywka do wyjazdu, a potem prezentacja jeszcze innego projektanta, zwanego od tej pory Hrabią. Prezentacja nie dotyczyła jednak niczego związanego z pracą, ale Fundacji im. Anny Pasek. Może ktoś pamięta, kiedy rok temu w telewizji było głośno o trójce alpinistów z Małopolski, którzy zginęli pod lawiną próbując zdobyć Mont Blanc? Wspomniana Anna Pasek była jedną z tych osób, a zarazem dziewczyną wspomnianego Hrabiego. Po tym tragicznym wydarzeniu Hrabia wraz z jej rodzicami założyli fundację, mającą na celu aktywnie działać w zakresie bezpieczeństwo wypraw górskich, promować Systemy Informacji Geograficznej (GIS) oraz podtrzymywać pamięć o patronce. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, więcej na ten temat znajdzie za tym linkiem: Fundacja im. Anny Pasek. W każdym bądź razie wciąż podziwiam imć Hrabiego za jego hart ducha, że tak szybko podniósł się po tej tragedii i dzisiaj jest prawdziwym człowiekiem-orkiestrą - prezesem wspomnianej fundacji, doktorantem geografii na UJ, Goprowcem, perkusistą w zespole metalowym Insomatix oraz projektantem sieci kablowej w mojej firmie. Poza tym jest fantastycznym, tryskającym dobrym humorem kumplem, który znacznie ubarwia szare godziny pracy, zwłaszcza, że siedzi biurko obok mojego. :-) No, to tyle na jego temat. A wracając do wieczorku - po prezentacji Hrabiego na temat Fundacji rozpoczęła się część "artystyczna" - na stole pojawiła się firmowa kolacja, firmowe winko oraz prywatne zbiory alkoholi ciężkich - dosyć spora bateria. Jeszcze tylko szefowa rzekła parę słów, że będą nowe zlecenia od kontrahenta (przy czym nie wiadomo czy będzie to miało związek z nowymi etatami w firmie), a potem ludzie zabrali się do opróżniania butelek. Czas umilało najpierw dwie osoby grające na gitarze i starające się nas zmusić do śpiewy ze średnim skutkiem (chociaż "Whisky" Dżemu śpiewali wszyscy). A potem ludzie ze schroniska zaserwowali nam karaoke. Cóż, na początku było sztywno, bo leciało samo disco polo i hity z lat sześćdziesiątych, ale potem nasi ludzie dorwali się do konsoli i zaczęła się jazda. Oczywiście ja i publiczne występy to w ogóle nie chodzi w parze, wiec siadłem między ludźmi, co pewien czas popychałem dalej kolejkę i śpiewałem sobie razem z tłumem. No ale... mamy czas zmian, no nie? Za któryś razem się przemogłem i dołączyłem do grupy śpiewających wariatów z zespołu. Ech... skończyło się zdartym teraz gardłem oraz kilkoma krępującymi zdjęciami przy mikrofonie i nawet jednym filmikiem, kiedy wykonuję "We Are The Champions" Queenu - jeeejku, profanacja. :D Ale zabawa była zarąbista i nawet szefowa z nami pośpiewała, przy czym hitem było "Szła dzieweczka do laseczka" w jej wykonaniu. Ech, co się tam działo. Koło 3 nad ranem impreza się zwinęła, ale nam jeszcze przyszło do głowy żeby w pingponga jeszcze pograć. No i dopiero po 4 położyliśmy się spać.

Rano pobudka przed 9:00. Część ludzi w ogóle nie poznawała swojego głosu, a wszyscy wyglądali na z deka zmasakrowanych. Ech, jak impreza, to impreza. :-) Po śniadanku jeszcze wizyta w pobliskim muzeum turystyki górskiej i zejście na parking. Oczywiście w przypływie ambicji wybrałem tę trudniejszą drogę - zamiast asfaltem, to szlakiem. W zasadzie poszło tam tylko 7 osób- Marek, Michał, Paweł, Krzysiek i para szefostwa. Dwóch pierwszych oczywiście szybko nas odsadziło, natomiast ja trzymałem się przy tym trzecim. Wydaje mi się jednak, że dawał mi fory, bo kondycję ma daleko lepszą od mojej. Mo mniejsza, ważne że nasza czwórka była jako pierwsza przy busie, mimo iż szliśmy gorszą drogą. Ha, to się nazywa satysfakcja! :-) Potem tylko kimanie przez 3 godzinki w busie i w domu. Skrajnie wyczerpany, mięśnie bolą, gardło gryzie i głos jeszcze nie ten no i generalnie osłabiony na maksa. Ale warto było! Czy lepszym wyborem byłoby pójście na koncert Sabatonu ze Strogiem? Szczerze mówiąc to nie wiem. Możliwe, że bawiłbym się równie dobrze, też zdarłbym gardło i na dodatek mógłbym poznać jakąś sympatyczną miłośniczkę muzyki metalowej. Chociaż nie, znając życia i tak byłaby daleko spoza Krakowa. Poza tym, na to trochę za wcześnie (aha - jak będę tak nadal mówił za jakieś pół roku, niech ktoś mnie zdzieli przez łeb, okay? :P). W każdym bądź razie w górach spędziłem kawał miłego czasu, połaziłem po szlakach, wymęczyłem się i przełamałem kilka mniejszych wewnętrznych oporów. A poza tym w drodze powrotnej usłyszałem dwie budujące kwestie" "Fajnie się bawiłeś wczoraj wieczorem." oraz "Ty chodzisz po górach? Bo kondycję masz niezłą." wiem, że oba komplementy są trochę na wyrost, ale mimo wszystko, dobrze czasem usłyszeć takie coś. Wycieczkę zapamiętam więc jako udaną. :-)



Na wycieczce było dużo czasu do myślenia. Zwłaszcza w chwilach, kiedy czasami szło sie samemu przez szlak, w lecie lub po jakimś pomniejszym szczycie. Podziwiając piękno przyrody mogłem na spokojnie pomyśleć o wielu sprawach, a zwłaszcza o tej jednej. Przy okazji mogłem też zrozumieć wielką miłość Y. do gór. "W górach jest wszystko to, co kocham" - tak zdaje się mówić jej życiowe motto. Po tych dwóch dniach zrozumiałem doskonale dlaczego. Zaiste, piękne ma hobby. Ech... kiedy byłem na samym szczycie Baraniej Góry, roztaczał się piękny widok na Beskid Śląski oraz a widać było także Tatry i Babią Górę. A zwłaszcza Babią górę - majestatyczną, górującą nad południowo-wschodnim horyzontem, ponad warstwą chmur - wyglądała jakby unosiła sie w powietrzu. Kiedy tak wpatrywałem się i podziwiałem piękno tegoż szczytu, przyszedł mi do głowy pewien obraz. Panna Y. była niedawno na Babiej na wschodzie słońca. Nie znam ekipy z którą była, jednakże mogę się domyśleć tylko obecności pewnej osoby. Ech... i wyobraziłem ich sobie, siedzących razem na szczycie tej majestatycznej góry, owiniętych w koce, przytulonych do siebie i patrzących jak pierwsze promienie słońca przebijają się ponad horyzont. Cudny widok w cudnym towarzystwie. W jednej chwili miała przy sobie wszystko to, co kocha. I dla takich chwil warto żyć. I ta myśl napełniła mnie radością - wszak Y. to fantastyczna osoba i zasługuje na takich chwile w swoim życiu. Zwłaszcza, że jak mało kto potrafi skrupulatnie realizować swoje marzenia, zamiast od nich uciekać, jak to niektórzy robią. Taaak... Chciałbym, aby cały czas mogła być szczęśliwa tak, jak w tamten mroźny poranek, który sobie wyobraziłem będąc samemu na szczycie góry. Nie, to nie jest żaden przejawy antyegoizmu z moje strony. Ja się naprawdę cieszę jej szczęściem. :-) Zwłaszcza, że rozmyślania na szlaku doprowadziły mnie do wniosku, że gdyby nawet udało się z Nią, byłby to na początku niezwykle ciężki związek, obfitujący w wiele wyrzeczeń. Fakt, ma urodę idealnie w moim typie - drobną, szczupłą sylwetkę,długie, ciemne i proste włosy, piękne, brązowo-bursztynowe oczy, i przecudny uśmiech, który powala na kolana. Fakt, ma charakter i usposobienie zbliżone do mojego. Fakt, ma bogatą osobowość, która bardzo mi się podoba. Fakt, ma również ten jakiś wewnętrzny magnetyzm, który zupełnie irracjonalnie pcha mnie w jej kierunku. Ale z drugiej strony ma też styl życia i równocześnie hobby, niezwykle trudne dla mnie do przyswojenia. Fakt, niesamowicie podoba mi się taki styl życia i widzę, że tego mi właśnie w moim szarym żywocie brakuje, jednakże wymagałoby to ogromnych nakładów pracy i wiele, wiele czasu. Oczywiście byłbym w stanie to osiągnąć po ogromnym poświęceniu i wyrzeczeniach, bo warto, ale po pierwsze - chciałbym zostać przez taką osobę zaakceptowany takim, jakim jestem, a z drugiej strony wiem, że gdyby takim mnie zaakceptowała, nie byłaby szczęśliwa, bo nie mogłaby ze mną dzielić tak naprawdę swoich radości. dlatego cieszę się. Cieszę się, że ma kogoś, kto potrafi być przy niej cały czas - w rajdach rowerowych, biegach na przełaj wędrówce po grach i włóczędze po obcych krajach przy pomocy autostopu, a nawet podczas jazdy na motorze. Jej potrzebny jest konkretny facet, a nie ktoś, kto się dopiero uczy, jak takim konkretnym facetem być. Historia więc dobiega końca. W tym miejscu życzę już tylko pannie Y. szczęścia w życiu, zwłaszcza w tym osobistym - aby człowiek, którego wybrała był naprawdę godzien jej uczucia.

To chyba tyle. Wbrew pozorom nie jest mi źle. Ale tej piosenki nie mogę sobie odmówić - świetne wyrażenie moich odczuć ostatnimi czasy. W stylu lat osiemdziesiątych. Zapraszam do posłuchania. :-)


"I'll Cry For You" - Europe

I never dreamed that
I could fall
But something's come
Over me
Now I'm sittin' starin'
At the wall
Afraid for my sanity

The sound of your voice
The touch of your skin
It's hauntin' me
I'm still tryin' to come
To my senses
But I can't look back
So I'm takin' my chances

I wanna give you my heart
Give you my soul
I wanna lay in your arms
Never let go
Don't wanna live my
Life without you
But I know when you're gone
Like a fire needs a spark
Like a fool in the dark
I'll cry for you

Wonderin' why I'm
Runnin' scared
From what I belive in
I know that love
Is just another word
To say what I'm feelin'

For once in my life
The future is mine
It's callin' me
I've been searchin' so long
For an answer
But it's too late now
So I'm takin' my chances



Europe - I'll cry for you


Komentuj (2)


Link :: 23.10.2008 :: 00:12
And the story ends...

Wczoraj był bardzo dziwny dzień. Dziwny i trudny. Trudności zaczęły się w sumie przedwczoraj kiedy okazało się, że trzeba nagle podjąć pewną decyzję oraz kiedy umówiłem się na spotkanie z pewną osobą. Ale - jak to zwykle - po kolei.

Najbliższy piątek miałem spędzić waz ze Strogiem na koncercie świetnej powermetalowej kapeli ze Szwecji - Sabatonu. Chłopaki jako tematykę swoich utworów obrali Drugą Wojnę Światową, nie omijając także pierwiastka polskiego w tym wielkim, sześcioletnim kataklizmie. Przy okazji grają przy tym całkiem niezłym melodyjny metal. Koncert miał być taka małą ucztą muzyczną. Nagle pojawiła się jednak druga alternatywa - po wielu planach, po nieudanych wyjściach z Aiwendilem, Hallethem i Sławkiem w końcu pojawiła się okazja, żeby iść w góry. W końcu! Za miasto! Cel - Barania Góra. Okoliczności - wyjście firmowe z moją zakręconą ekipą projektantów. Decyzja dosyć ciężka, bo i na obu wyjściach mi ogromnie zależało. Cóż, taki pech, że dwa największe wydarzenia jesieni wypadły akurat w tym samym dniu. W tym miejscu należałoby wyśmiać zasady rachunku prawdopodobieństwa... W poniedziałek - przedwczoraj trzeba było się określić czy się jedzie na wycieczkę, czy nie. Udało mi się tę decyzję przełożyć jednak na dzień następny. Jeden dzień więcej do namysłu. Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, naszła mnie pewna szalona myśl. "A czemu by nie?" rzekłem do siebie i czym prędzej na GG napisałem pannie Y. zaproszenie na gorącą czekoladę do Nowej Prowincji jak tylko ta będzie czas miała. Na odpowiedź trochę poczekałem, jednakże warto było usłyszeć bezproblemowe "tak" i propozycje dnia jutrzejszego. Zgodziłem się bez wahania, w myślach odwołując już korepetycje z matematyki oraz umówione spotkanie z Amrisem. Cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze. :-) To miał być trudny dzień, ale miał przynieść sporo nowego - poważną męską decyzję w sprawie trudnej oraz spotkanie z Osobą, z którą chciałbym spędzać jak najwięcej czasu. Hmmm...

Rano wstałem pełen nerwów i kłębowiska myśli - nie spałem najlepiej w początku nocy, ale po trzeciej to już zapadłem w kamienny sen, że nawet radiobudzik miał ze mną problemy... Raz dwa się ogarnąć i do pracy. Po drodze nie byłem nawet w stanie czytać książki (co zwykle robię), bo myślałem o tym jaką decyzję podjąć oraz o tym jak wypadnie spotkanie wieczorne. Szybko jednak domyśliłem się, że takie rozmyślenia daleko mnie nie zaprowadzą i... skupiłem się TYLKO nad decyzją. Co będzie wieczorem, to będzie. Ważne, żebym ja był sobą i tyle. W pracy wciąż "naciski" ekipy, żebym z nimi jechał. Ciężko było, bo skłaniałem się już ku koncertowi, ale "presja" ludzików z firmy była non stop. Próbowałem dla równowagi dzwonić do Stroga i pogadać z nim, licząc, że będzie mnie zachęcał do koncertu, ale nie na wiele sie to zdało. Wciąż ciężko było zdecydować.

Tymczasem po obiedzie miły przerywnik z pracy. "Hej!" - słyszę nad uchem, skupiony nad przebiegiem kabla na jednej z klatek schodowych warszawskiego osiedla. Nie muszę odwracać głowy, głos rozpoznaję od razu. "Cześć!" - na moje twarzy zapewne pojawił się banan od ucha do ucha. "Tak jak wczoraj rozmawialiśmy, wszystko aktualne?" "Naturalnie!" "Tylko jestem trochę ograniczona czasowo dziś jednak" "Trudno. Jakoś się z tym pogodzę." Uśmiech. "Fajnie, że wpadłaś. Przyszłaś oddać kartę wstępu do firmy?" "Nie. Przyszłam złożyć autograf" "Autograf?" "Nooo... autograf. No wiesz." "Hmmm... no nie wiem." "No umowę o pracę podpisać" "Gdzie, tu u nas?" "Nie. W KFC na dole!" W tym momencie dopiero dotarło do mnie, że panna Y. wraca do firmy, ale z kamienną twarzą dodałem tylko "A to fajnie, będziesz blisko pracować to cię będziemy odwiedzać" Po chwili jednak serdecznie pogratulowałem jej i powitałem z powrotem na pokładzie. nie ukrywałem zadowolenia, ona zresztą też nie. Potem jeszcze małe gadu-gadu, konkretne "Do zobaczenia później" i wyszła. Jejku... ależ się zdarzyło - dziś wieczorem się widzimy w kawiarence przy rynku, a ponadto będziemy się nadal codziennie widywać, przynajmniej do końca grudnia. Fantastycznie! Teraz tylko jednak zachować spokój i nie dać się ponieść euforii i po prostu być sobą. Ale... kurczę, świetnie się zaczęło, oby otrzymać taką passę do końca dnia. No, a teraz podejmujemy decyzję...

Nie było jednak tak łatwo. W końcu doszło do absurdalnej sytuacji, że szefowa podeszła i zapytała jak decyzja. Ale że nie do mnie jedynego, to się nie obcinam. Cóż, zaważył fakt, że w przeddzień wycieczki będą sie ważyć losy całego zespołu - czy dostajemy w listopadzie umowy o pracę, cz idziemy w styczniu na bezorbocie. W piątek na wycieczce dowiemy się wszystkich szczegółów, będzie można na luzie pogadać o przyszłości w firmie. A poza tym znów zobaczę góry. Jadę. Przepraszam, Strog, ale jadę. Tak naprawdę bowiem, to sam fakt zobaczenia Sabatonu na żywo trzymał mnie w 1/4 - to nie Blindzi, Nightwish ani Rhpasody żeby sobie flaki dla nich wypruwać. Najważniejszy był Przyjaciel, z którym miałem się wybrać na ten koncert i który na to wydarzenie czekał. No i zawiodłem go... Ale cóż, raz podjętej decyzji nie należy żałować. W najbliższym czasie jakoś postaram sie to wynagrodzić komu trzeba...

Decyzja podjęta. Została tylko jedna sprawa. Spotkanie. Do końca dnia nie mogłem się już skupić na pracy do tego stopnia że rzuciłem projektowanie pomogłem kumplowi w składaniu wydrukowanego już projektu. To nie wymagało myślenia. Cóż, nadeszła godzina. Opuściłem mury firmy. Tramwaj. Droga na rynek. Brama Floriańska, Basztowa, Rynek Główny. Jeszcze tylko przeciąć i już, wylot Brackiej. Szybki rzut oka. Byłem 3 minuty po czasie, ale wyczekiwanej osoby jeszcze nie było. Wdech. Wydech. I spacer - tam i z powrotem - spokojny, rytmiczny, miarowy, uspokajający. Kilka minut minęło, aż ukazała się znajoma sylwetka na rowerze. Ot, zwykłe przywitanie, przypięcie roweru do pobliskiego znaku i wyswobodzenie się z kasku. Nie muszę chyba mówić jakim widokiem jest, gdy burza ciemnych włosów wypływa spod zdejmowanego nakrycia głowy i miękko spada na ramiona i plecy. Widok niezapomniany. :-) Udaliśmy się następnie do wspomnianej Nowej Prowincji - dziękuję Hallethowi za polecenie tej kawiarenki! "Ukrytą" salkę na pietrze znaleźliśmy szybko - pewnie dlatego, że Y. ją kojarzyła. Ja w każdym bądź razie nie dałem po sobie poznać, że jestem tu pierwszy raz. Denerwowało tylko to, że przez dobre 10 minut nie pojawił się nikt z obsługi przy barze. W końcu zniecierpliwiony polazłem na dół zapytać co jest grane. Widzę, że przy dolnym barze jest tylko jedna osoba, wiec myślę sobie, że zamówię szybko i pojawię sie na górze z dwoma kubkami gorącej czekolady w 2-3 minuty. Niestety gość przede mną zamówił jakieś kawy, które kobita przyrządzała, i przyrządzała, i przyrządzała... Z otępienia wyrwał mnie telefon od Y. Poszedłem w te pędy na górę i okazało się, że tuż po moim wyjściu przyszła pani z obsługi, a Y. zamówiła już swoją czekoladę. No to z postawienia nici i na głupka wyszedłem. Ale, ale, gdzie pozytywne myślenie? Obowiązkowa gafa popełniona, teraz może być już tylko lepiej! :-)

W zasadzie całe spotkanie było bardzo miłe, pogadaliśmy o tym i o owym. O jej prawku na motor, które właśnie zrobiła i skórzanym stroju, w który ma zamiar się wyposażyć, o pracy w naszej firmie i ewentualnej w Warszawie, o studiach, o magisterce, o dzisiejszej młodzieży. Jakoś to szło, choć do najwybitniejszych rozmówców nie należę. Na szczęście Y. ratowała sytuację w chwili, kiedy milkłem. Fajno było, nawet pomimo jednego zdania, które usłyszałem na początku rozmowy. Mimo, iż tłukło mi się ono p głowie, nie dałem się i po prostu byłem sobą. I o to chodziło! Wprawdzie nie poruszyłem kilku "ciekawych" tematów, ale po pierwsze nie rozstawaliśmy się już "na zawsze" więc nie było podstaw, a po drugie... Zaraz napiszę, co po drugie. :-) Wracając do spotkania, koło 18:00 dobiegło końca zeszliśmy na dół, ona porwała rower, chwilę pogadaliśmy jeszcze i pojechała w swoją stronę. A ja udałem się na spotkanie z Artoo, wieki nie widzianym Artoo, bo potrzebowałem natychmiastowego oderwania sie od normalności. Szybko, żeby nie myśleć. Było miło, fakt. Ale to jedno zdanie wciąż odbijało mi się echem po głowie.

"Muszę jeszcze powiedzieć chłopakowi, że nie przyjeżdżam do Warszawy"

.
.
.

Jak tak teraz sobie przypominam to zdanie, to stwierdzam, że nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy on mieszka w Warszawie, czy może tutaj, w Krakowie. tym samym nie potrafię wydedukować czy poznała go niedawno, czy to może ten sam człowiek, z który widziałem ją na 4. roku na wykładzie raz. Wyglądali wówczas na takich szczęśliwych. Oboje. I to, co wówczas zobaczyłem w jej oczach, kiedy na niego patrzyła. Jejku... od tego czasu jakże mocno pragnąłem zobaczyć to choć raz w jej oczach patrzących na mnie. Niestety nie było i nie będzie mi dane. No, mniejsza - w każdym bądź razie chciałbym, żeby to był ten człowiek, bo z nim była szczęśliwa. No i dobrze, że nie jest to ktoś, kogo znam, z kim mógłbym się fizycznie porównać. Teraz mogę sobie spokojnie powiedzieć - to na pewno jest jakiś superfacet, w jej typie, o takich samych zainteresowaniach i o takim samym styl życia, ktoś, kto o stokroć lepiej ode mnie potrafi dać jej szczęście.

Czy ja się dołuję? Nie, zdania powyżej są jak najbardziej szczere. Nie, nie jest źle, nie uważam, że jestem zły, beznadziejny, do kitu i do niczego. Ot, odnalazła kogoś, kto jej pasuje, odpowiada i tyle. Fakt, jestem trochę nieudolny, jeżeli chodzi o relacje damsko-męske, tracę głowę i połowę inteligencji w towarzystwie dziewczyny,która mi się podoba, ale nie uważam już, że jestem człowiekiem z samego dna. Nie wyję do księżyca z bólu i rozpaczy, nie tłukę głową w ścianę, nie mam żadnych nagłych ataków autoagresji, żadnych drgawek, żadnego miotania się w depresji po pokoju i płakania do dywanu. Nie, na szczęście nic z tych rzeczy. Doświadczyłem już niegdyś tych wszystkich rzeczy i nie będę do nich wracał. Ot, przyjmę moją osobistą porażkę z godnością. Oczywiście, że nie mogę powiedzieć, że mnie to strzyka i spływa jak po gęsi. Nie mogę powiedzieć, że nie boli i nie jest smutno, przykro żal. Jest, oczywiście. Ale... cóż, taka jest kolej rzeczy. "It's a hard life", jak śpiewał Freddie Mercury. "You win - you lose. Its a chance you have to take with love" - dodawał parę linijek dalej. Cóż, tak bywa, tak się jakoś układa, że zawsze kończę w ten sam sposób - wiedząc, że "Ta Jedyna" znajduje szczęście w ramionach innego faceta. Boli trochę i pchają się do głowy myśli o tym, jak bardzo tamten musi być lepszy ode mnie, ale... nie, ne chcę dopuszczać do siebie takich myśli i nie chcę znów lądować w skorupie, schowany przed światem. Nie, wręcz przeciwnie. Niechaj ta historia będzie dla mnie nauczką, że nic nie przychodzi samo, że jednak trzeba sie starać i to mocno. Na miłość, tak samo jak na tytuł magistra inżyniera, trzeba sobie ciężko zapracować. I teraz taki trud pracy podejmę - trud pracy nad sobą. I nad tym, aby wytrwać w postanowieniach z poprzedniej notki.

Wiem, łatwo nie będzie. W tych bardziej optymistycznych myślach pod koniec roku byłem już magistrem inżynierem ze wspaniałą dziewczyną u boku, tymczasem trzeba magisterkę pisać prawie że na nowo i rozpoczynać żmudny proces "zapominania" o pannie Y. Marzył mi sie szybki koniec uciążliwego życia, a dostałem na plecy co najmniej kilka miesięcy ekstra. I co? I nic! Zdzierżę! Wytrzymam! Dam radę! Co więcej, stawię czoła wyrokowi dotyczącemu mojej pracy oraz wyrokowi dotyczącego pracy mojego ojca - dwie kwestie, które do końca tego roku mogą się bardzo zmienić. I kolejne dwie rzeczy, które się mogą w życiu popsuć i posypać, obok zdrowia oczywiście. Skoro już dwie budowle runęły, trzeba ratować te, które jeszcze trwają, a w międzyczasie starać się odbudować z tamtych co sie da. I poświecić temu wszystkie siły! I, mimo licznych przeszkód, iść przez życie z podniesioną głową!

A na koniec piosenka. Dedykuję ją sobie już po raz piąty w życiu. No, może czwarty, bo za pierwszym razem jej jeszcze nie znałem. :-)


"And The Story Ends" - Blind Guardian

And the story ends
Insanity said coldly
Still waiting for the chance
So out of nowhere it will rise
Oh, and another journey starts
By the call of the moon
Was it really me
I saw in the mirror screaming
I swallowed hate and lies
Through a thousand cries
Someone's sucking out my energy

What can I do
On this road to nowhere

Heart of dragon lies
At the edge of time

And the story ends
Insanity said coldly
Still waiting for the chance
So out of nowhere it will rise
Oh, and another journey starts
Into insanity's claws

Come with me and join me
A new life's waiting for you
Jump through the mirror
Leave fear behind
No matter where I tried
The candle light seemed
Lost forever
Before my vision fades
-cathedral
-falling tears

We're not alone
There's someone else, too
From the mirror's other side
Reflecting the cruel part of your soul
It's time for your choice

What can I do
On this road to nowhere

Heart of dragon lies
At the edge of time

And the story ends
Insanity said coldly
Still waiting for the chance
So out of nowhere it will rise
Oh, and another journey starts
By the call of the moon

Heart of dragon lies

What can I do
On this road to nowhere

Heart of dragon lies
At the edge of time

And the story ends
Insanity said coldly
Still waiting for the chance
So out of nowhere it will rise
Oh, and another journey starts
Into sanity's claws

I'm not a king
I'm just a bard
How can I trust
If there is good and bad
The wounds of life
They will remain
At least I found a friend



Blind Guardian - And The Story Ends



Komentuj (1)


Link :: 17.10.2008 :: 23:12
Ach, jak mi źle!

Znowu nie układa się tak, jak powinno. Po napisaniu lwiej części pracy byłem u promotora. Ten przyjął mnie i współmagistranta bardzo miło, zapytał nawet jak tam postępy z pracą i czy widać światełko w tunelu. A potem je zgasił, zmieniając zupełnie koncepcję pracy i niemalże temat. Dotychczasowe symulacje okazały się zbędne, a niemal ukończona teoria wymaga zupełnej reedycji i dodania kilku obszernych podrozdziałów. W dodatku dowiedzieliśmy się, że magisterka ma liczyć od 140 do 200 stron. I znów długie miesiące walki, zamiast 3 tygodni wykańczania, jak to było planowane. Masakra. A inne sprawy? W domu ciężko znaleźć czas dla siebie. Trudno znaleźć też czas dla przyjaciół, bo wciąż jakaś robota - jak nie przy magisterce, to w domu. W pracy też nieciekawie się układa, bo wciąż nie wiadomo co z zatrudnieniem. Przecież ja w każdej chwili mogę zostać bezrobotny! A że wykształcenia wyższego nie mam i jeszcze długo miał nie będę, to znalezienie nowej pracy będzie niewykonalne! Dodatkowo ta sprawa z pomylonym zasilaczem - ostatnio dowiedziałem się od mojego lidera grupy (który zebrał za mnie manto), że lider projektowy UPC na całą Małopolskę najchętniej ukręcił by mi jaja... Pozostawiam to bez komentarza. No i jeszcze sprawa z Panną Y. Będzie pracowała w Warszawie, z dala ode mnie. Heh, sam ruszyłem odpowiednie sznurki żeby tam złapała robotę, bo nie chciałem, żeby traciła ciągłości finansowej, gdyż pieniądze są jej potrzebne na realizacje marzeń. Wprawdzie udało się zorganizować jakieś spotkanie, ale co z tego? Przecież ja i tak nie umiem postępować z kobietami. Na pewno zrobię jakąś głupotę, coś nie tak, wypadnę źle i w ogóle. Okażę się nudziarzem i tyle. Nie wiem czego ja tam szukam, przecież jestem beznadziejną partią, i tak sobie nie poradzę, bo nie umiem, nie potrafię. Nigdy tak szczerze i na poważnie nie miałem dziewczyny i nie radzę sobie z tym. Nie umiem! Nie potrafię! Nie uda mi się! Nie... STOP

Cisza.

.
.
.

Wdech. Wydech.

.
.
.

Wdech. Wydech.

.
.
.

Wdech. Wydech.

.
.
.

Dosyć. Wystarczy już tego. Chyba za długo już to trwa.

Popatrzmy na to z dystansu, oddalmy się. Taaak, właśnie tak. Zaraz, zaraz... to jęczące, narzekające na cały świat i żalące się wszem i wokół na zły los stworzenie to ja? To naprawdę ja? Ech... Nie zdawałem sobie sprawy, że tak daleko to zajdzie. No ale już dosyć, wystarczy. Przypomnijmy sobie... taaak. Klika lat wstecz. Nie byłem przecież taki. Byłem zaradny, na swój sposób pewny siebie, niezwykły optymista i przede wszystkim wierzący, że świat stoi przede mną otworem i wystarczy tylko ruszyć mu na spotkanie. Byłem nawet zbyt pewny swojej wewnętrznej siły. No i zdarzyło się - kilka spraw się zawaliło, kilka razy oberwało się po głowie, kilka przykrości zebrało sie naraz w jednym czasie i cała pewność siebie zniknęła, a ja, ten dawny ja skopiowałem metodę walki ze "złym losem" od żółwia - schować sie w skorupie i poczekać aż niebezpieczeństwo minie. Dobry pomysł, ale na krótką metę - kilka tygodni max. Ale nie niemal 4 lata. Myślę, że już wystarczy. Myślę, że najwyższy już czas zacząć żyć, a nie uciekać przed życiem. A potem się dziwić, że przelatuje ono przed nosem, a czas przecieka między palcami.

W ostatnim roku sporo się wydarzyło. Praca, którą zacząłem nauczyła mnie samodzielności i odpowiedzialności za decyzje i za to, co robię. Bliższy kontakt z Panną Y., która to wywabiła mnie z mojej "przytulnej" skorupki. Przy okazji popełniłem też kilka błędów, a owszem, ale bez nich nie nauczyłbym się kilku rzeczy. Potem było też wesele siostry, po którym sytuacja w domu odmieniła się - chyba na lepsze - i wreszcie pozwoliła zobaczyć siebie, jako zupełnie dorosłego człowieka, a nie dziecka uzależnionego od rodziców i ich dobrej lub złej woli. Wreszcie załamanie sprzed prawie dwóch miesięcy już, kiedy to głośno zawołałem do odpowiednich osób o pomoc. I otrzymałem od przyjaciół nawet więcej, niż mogłem sie tego spodziewać.

Amris przypomniał ostatnio, że da się zawrócić z "drogi donikąd" i przekierować swoje życie na inne tory. Bez przejmowana się tym co powiedzą inni.

Aiwendil wbił do głowy, że rezygnacją, marazmem i antyegoizmem daleko nie zajadę i że należałoby wziąć swoje życie w swoje ręce i uwierzyć w to, że coś dobrego może człowieka w życiu spotkać.

Halleth wytłumaczył, że wcale nie jestem takim beznadziejnym człowiekiem - mam swoje wartości, pozytywne cechy, dobre perspektywy i życie, które wbrew pozorom JEST wiele warte.

Strogonov dał przykład, że da się równocześnie realizować swoje pasje, studiować, mieć czas dla ukochanej osoby i przy tym wszystkim być nadal dobrym kumplem.

Klajton wreszcie (last but not least) całym swoim życiem pokazuje, że choćby nie wiem ile nieszczęść spadło na głowę i choćby nie wiem jak mało miało się szczęścia w życiu, zawsze warto mieć wiarę w Tego, który nas kocha.

Aha! No i dzielna mała Eirien, osoba tak podobna do mnie charakterem, że aż strach - potrafiła ukończyć uczelnię, obronić się, znaleźć pracę oraz swoją drugą połówkę, czyli udowodnić, że z taka trudną osobowością można sobie w życiu wszystko poukładać i stawiać dzielnie czoła przeciwnościom losu.

Dziękuję Wam, moim Przyjaciele - bez Was daleko bym nie zaszedł. :-) Ale teraz pora już przestać się opierać na Was wszystkich, tylko przypomnieć sobie jak to jest iść o własnych siłach, bogatszym o nowe doświadczenia ostatnich kilku lat. "Znowu nie układa się tak, jak powinno." - tak zacząłem dzisiejszego posta. Cóż... a czego się tu spodziewać po życiu? Że zawsze będzie nas obrzucało cukierkami i płatkami róż, a na naszej drodze staną sami życzliwi ludzie? W coś takiego trzeba było przestać wierzyć dobre 10 lat temu. Życie jest życiem i różnie się układa. Grunt, żeby umieć sobie radzić z nim wtedy, kiedy nie układa się najlepiej, a cieszyć sie chwilami, kiedy wszystko jest w najlepszym porządku. Wszak "W życiu piękne są tylko chwile", jak śpiewał pewien nieżyjący już człowiek. :-)

W każdym bądź razie... życie jest w naszych rękach i tylko od nas zależy, jak ono płynąć będzie - los tylko wrzuca nas w nurt rzeki, a jak ją przepłyniemy, zależy już od nas - od determinacji, umiejętności "wiosłowania", doświadczeniu, wewnętrznej sile, wsparciu innych, podejściu do świata. Jakby nie było, wiem już, że styl pływacki "na kłodę" nie zawiedzie nas daleko. A jeśli nawet, to nie koniecznie będzie to kierunek, który byśmy sobie życzyli. Kiedy więc promotor zmienia koncepcję magisterki, trzeba po prostu dociągnąć materiały z neta i przysiąść nad nimi raz i drugi, a potem wymyślić nowy plan działania. Kiedy w pracy idzie coś nie tak, umieć zorganizować się lepiej i ulepszyć metody projektowania, aby unikać na przyszłość nieciekawych błędów. Kiedy w domu za dużo się wymaga, umieć raz na jakiś czas pokazać lub wytłumaczyć, że są czasem sprawy ważniejsze na głowie i znaleźć złoty środek pomiędzy domem a innymi sprawami. Kiedy traci się kontakt z przyjacielem lub dobrym kumplem, umieć znaleźć chwilę czasu dla niego - 2h pisania magisterki nie zmienią aż tak wiele, a kontakt z drugim człowiekiem może niezwykle ubogacić, nie można go unikać. Kiedy wreszcie podoba sie dziewczyna to choćby nie widziało sie w tym wszystkim szansy, spróbować. Choćby dla samego siebie, spotkać się, sprawdzić, próbować dać się lepiej poznać - jak nie wyjdzie, to kij z tym. A jakby tak jednak coś wyszło, to już zupełnie inna historia. W każdym bądź razie do każdego problemu trzeba by podchodzić racjonalnie, nie zaczynając od "Nie wiem, nie umiem, nie potrafię, nie dam sobie rady." I pogodzić się z tym, że życie nie jest pasmem przyjemności, ale nie jest też odwieczną Drogą Krzyżową. Znaleźć swój złoty środek. I pożegnać się ze smutkiem i zgryzotą, choćby długa i ciężka miała być droga, którą przemierzamy. :-)


Piosenka. Taka, którą bardzo lubię. :-)

Nightfall - Blind Guardian

No sign of life did flicker
In floods of tears she cried
"All hope's lost it can't be undone
They're wasted and gone"

"Save me your speeches
I know (They blinded us all)
What you want
You will take it away from me
Take it and I know for sure
The light she once brought in
Is gone forevermore"

Like sorrowful seaguls they sang
"(We're) lost in the deep shades
The misty cloud brought
(A wailing when beauty was gone
Come take a look at the sky)
Monstrous it covered the shore
Fearful into the unknown"
Quietly it crept in new horror
Insanity reigned
And spilled the first blood
When the old king was slain

Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Immortal land lies down in agony

"How long shall we
Mourn in the dark
the bliss and the beauty
Will not return
Say farewell to sadness and grief
Though long and hard the road may be
"
But even in silence I heard the words
"An oath we shall swear
By the name of the one
Until the world's end
It can't be broken"

Just wondering how
I can still hear these voices inside

The doom of the Noldor drew near

The words of a banished king
"I swear revenge"
Filled with anger aflamed our hearts
Full of hate full of pride
We screamed for revenge

Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Immortal land lies down in agony

"Vala he is that's what you said
Then your oath's been sworn in vain
(But) freely you came and
You freely shall depart
(So) never trust the northern winds
Never turn your back on friends"

"Oh I'm heir of the high lord!"
"You better don't trust him"
The enemy of mine
Isn't he of your kind and
Finally you may follow me
Farewell
He said

Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Immortal land lies down in agony

Back to where it all began


Blind Guardian - Nightfall




Komentuj (2)