Link :: 01.01.2005 :: 23:34
Podsumowanie ferii
Siedzę sobie teraz i słucham smętnych kawałków najróżniejszych wykonawców. Humor już mam lepszy, już wszystko w porządku. Ale za mną pozostaje ciężki czas. A przede mną nie wiem czy nie jeszcze cięższy. Czyli u mnie po staremu - jak zwykle pod górkę.
Początek ferii - o tym już pisałem. W skrócie - ferie zacząłem o jeden dzień później niż wszyscy inni na AGH, bo moja grupa pisała w środę bonusowego kolosa. Bardzo czekałem na wolny czas po klikutygodniowym maratonie z książkami i jeżeli po takim czekaniu zamiast podpoczywać trzeba siedzieć nad Półprzewodami do nocy, to to może trochę wyczerpać psychicznie. Ale spoko, ciężki początek wcale nie oznacza, że dalej musi być źle! :) Pisałem też w poprzedniej notce o świętach - duuużo roboty, awantury, siedzienie do późna. Praca w święta, ciężkie nastroje w domu. Przez całe święta odpocząłem tylko 1,5 dnia w sumie. A bonusowo w pierwszy dzień świąt rano obudziłem się chory. Dzień później już byłem na antybiotyku. Potem poniedziałek - siedzenie nad laborką do wieczora. Byłem zmęczony po świętach, więc praca szła opornie. A potem wtorek. Ech, szkoda gadać... We wtorek w planie miałem niewielkie przyjęcie-niespodziankę dla dobrej znajomej z okazji jej urodzin. Był cały plan - murowany scenariusz niespodzianki. Był upatrzony niezły prezent. Nawet znalazły się na niego fundusze. :P Byli ludzie. Było wszystko, ale zabrakło jednego ogniwa - mnie. :/ Dlaczego tak wysoce oceniam ważność mojej osoby, co jest nie w moim stylu? Heh... Otóż te awantury przed świętami, a potem choroba uniemożliwiły mi własnoręcznej realizacji planu. Zwróciłem się z tym więc (jeszcze przed feriami - miałem nosa :P) do pewnej osoby, ale ta była chora i nie mogła pomóc. Zwróciłem się więc do drugiej i tu był błąd. Zaufałem tej osobie, ona zdecydowała się wszystko załatwić po przedstawieniu mojego planu. No i miodzio. Moja choroba i antybiotyk nie pozwoliły mi na zajęcie się niczym, poza kierowaniem tym i owym. Najgorsze, że nie mogłem być nawet na imprezie. Byłem zły na siebie, ale przecież wina była niczyja. Tylko żal mi było okropnie, bo od ponad dwóch tygodni planowałem spędzenie miłego wieczoru w dobrym towarzystiwe. Po przyjęciu dowiedziałem się, że było kiepsko - brak prezentu, ludzie, których solenizantka nie znała, kiepska organizacja, rozbity klimat. Mówiąc krótko - nic, pod czym ja mógłbym się podpisać. Przypomina mi się historia niejakiego Fallen One, który stwierdził, że to nic trudnego i zrobi sam grupę do kina. No to ja umyłem ręce, a podczas wyjścia panował CHAOS. W sumie się udało, ale to nie to samo, co grupy robione niegdyś przeze mnie. :] Tak samo i tutaj. Nie lubię mówić o sobie w superlatywach, ale myślę, że gdybym się tym zajął, wyglądałoby to inaczej: zaskoczenie solenizantki zebranymi osobami, miła zabawa w wąskim gronie bliskich jej znajomych, fajny prezent, dobrze spędzony czas i uśmiech na jej twarzy. Chciałem po prostu zrobić radochę dobrej kumpeli, a wyszło z tego nie-wiadomo-co. :/ To mnie przybiło. Potem trzy dni zakówki i choroby. Zacząłem opracowywać pytania na egzamin z Półprzewodów. Za cały dzień opracowałem 2. Zostało jeszcze 99 i miesiąc czasu. :/ A we czwartek kolejne porcje awantur, żeby było milej. Cięzko było. W piątek Sylwek. Chociaż wybór był ciężki, ja wiedziałem na którą imprezę pójdę - tam, gdzie w zeszłym roku. Taki był plan, choć trochę się obawaiłem tej imprezy. Ale spox, przecież ja dam sobie radę. Piątek. Ojciec przychodzi do domu ze wszystkimi podręcznymi rzeczami z pracy, typu kubek na kawę, buty na zmianę i hałat. Jedno krótkie "Zamykają zakład. Straciłem pracę" rozbiło wszystkich. Za kilka tygodni/miesięcy zostajemy bez środków do życia. Wesoło. :/ Wtedy to nie dotarło do mnie jeszcze aż tak. Ale przez dzień nazbierało się jeszcze kilka "smaczków", obciążających psychikę. Kiedy jeszcze Garett zaczął wydziwiać w związku z imprezą u Klio, puściły mi nerwy. Krótsze ferie. Awantury. Brak odpoczynku. Jazdy w domu. Wieczna harówka - jak nie fizyczna, to nad książkami. Wizja sesji nie do przejścia. Problemy z wyborem imprezy. Kłótnie w domu i nieprzyjazna atmosfera. Zmęczenie. Niewyspanie. Ojciez bez pracy, rodzina bez przyszłości. I kilka innych spraw. Garett był tylko kroplą, która przepełniła czarę goryczy. Nie można powiedzieć, że mi odbiło, nie. Nastąpiło coś, o czym już teoretyzowałem Amrisowi - u normalnych ludzi po nagromadzeniu złych emocji następuje eksplozja. U mnie doszło do implozji (dla uściślenia - coś przeciwnego do ekslpozji) - zamknięcie się w sobie, powrót do "dawnych dni", kiedy pomiatałem sam sobą. Utrata wszelkiej pewności siebie, poczucia własnej wartości oraz tego wszystkiego, co było budowane przez lata, w szczególności od czasów poznania Iluzji i jej słów "Bądź optymistą!". Garettowi napisałem, że nie idę do Klio na Sylwestra. Doszło do wymiany zdań, zakończonej jego "A idź w pizdu!" Krótko mówiąc zepsułem Sylwka jemu i Arturowi, bo spędzali go sami, zamiast razem ze mną u Klio. Tejże wysłałem gorzkiego SMSa. Nie powiadomiłem nawet Yav, że nie jadę. Dopiero po jej sygnałach i SMSie raczyłem dać znać, że mnie nie będzie. Było mi wszystko jedno. Odżyły stare lęki. Otworzyły się stare rany. Było mi źle. Polazłem na Sylwka do Kinii. Miały być tam trzy osoby, dla których poszedłem: Artoo, Klajton, Krzywy. Dwóch z nich, to przyjaciele z lat bardzo dawnych, a nawet i niedawnych. Jeden, to bardzo bliski człowiek, może i też przyjaciel. Dziś jednak jeden jest mi prawie zupełnie obcy, drugi nie tak bliski jak kiedyś, a trzeci bliski na tyle, na ile pozawala mój introwertyzm. Mimo wszystko zabawa była przyjemna i sympatycznia. Ale nie pozwoliła zapomnieć o problemach. I o ludziach, których tak po chamsku olałem na imprezie u Klio, bo tam miałem przecież iść. Dlaczego tak wybrałem? Liczyłem na to, że ludzie, z którmi niegdyś spędzałem tyle czasu pomogą zapomnieć o wszystkim. Ale nie udało się, byłem jednym wielkim zawiasem i tęskniłem do ludzi z drugej imprezy. Dzwoniłem tam nawet. Nie, to nie o to chodzi, że ludzie t imprezy na której byłem byli jakoś nie tak. Nie, oni byli fantastyczni jak zwykle. To ja nie mogłem wpasować się w ich klimat. Jakoś go nie czułem. A u Klio w takim wypadku dałbym się ponieść muzyce, która jest mi tak bardzo bliska... Tak czy inaczej dziękuję ludzikom z imprezy u Kinii, że spędzili ze mną ten czas. :) I przepraszam tych od Klio, że z nimi tego czasu nie spędziłem. Decyzja była podjęta zbyt spontanicznie. I pod zbyt dużą presją. Cóż, u Kinii przywitaliśmy Nowy Rok, wypiliśmy szampana, popuszczaliśmy fajerwerki, obejrzelimy 2,5 filmu (w tym Shreka 1 po raz n-ty :P), pogadaliśmy do rana o różnych ciekawych sprawach i było sympatycznie i przytulnie. Chociaż cały czas byłem niespokojny i czegośmi brakowało. I myślałem o problemach. Nad ranem powrót do domu, ok. 7:30 położyć się i spać. Przez noc przypomniałem sobie o drgawkach, z którymi zapoznałem się po imprezie u Franka i Boczka. Było mi źle. Umęczyłem się, zamiast wyspać. Nad ranem już nie wiedziałem co z sobą zrobić., Wstałem ok. godz. 13:00. W niedobrym nastroju. Ok. 14:00 zjadłem obiad i wybiłem do kościoła na Mszę. To mnie trochę uspokoiło. Po drodze spotkałem, Rogera - kupmla z klasy z 3 LO - jego serdeczność przywróciła mi trochę dobry humor i wiarę w ludzi. Ale czułem, że potrzebuję czegoś więcej. Potrzebowałem drugiego człowieka. Bardzo potrzebowałem. Wykonałem telefon i zamiast iść do domu, wsiadłem w tramwaj i pojechałem do pewnej Dobrej Duszy. 3 godziny szczerej rozmowy. Podczaj niej zrobiłem coś, co robię niezwykle rzadko - otworzyłem się przed drugim człowiekiem. Mówiłem o swoich problemach, przeżyciach, emocjach. To była swoista ekspiacja, khatarsis, oczyszczenie. Pomogło bardzo. Wielka zasługa w tym czułego na ból ludzki ucha osoby słuchającej. Tak bardzo tego potrzebowałem, nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy jak bardzo. Oto dowód na to, że człowiek do poprawnego funkcjonowania potrzebuje drugiego człowieka. Chociaż to było jednorazowa "sesja", wiem, że kiedy będę tego potrzebował, mogę znów tam przyjść. Ale ja nie lubię nadużywać ludzkiego dobra. Poza tym znam też innych ludzi, którzy mogą słuchać. Ale nie mogłem sobie jakoś wyobrazić zwrócenia się do kogoś innego. A tak przy okazji... Tak bardzo marzę... Marzę o tym, by mieć kogoś takiego zawsze - kogoś, do kogo można się zwrócić, kogoś, komu bezgranicznie się ufa i kto ufałby mi. Kogoś, kogo w razie potrzeby można przytulić, szczerze porozmawiać, poczuć wewnętrzne ciepło. Kogoś, komu czułbym się potrzebny, kto cieszyłby się na mój widok i lubił mje towarzystwo. Komu mógłbym się poświęcić. Kogoś, kogo w przyszłości mógłbym może i pokochać. Kogoś, kto mógłby pokochać i mnie - takiego, jakim jestem. Z moimi zaletami i wadami. Takiej osoby bardzo potrzebuję i marzę o takiej osobie. I spotkanie takiej osoby niech będzie moimi życzeniami noworocznymi, złozonymi samemu sobie...
Wróiłem od Dobrej Duszy (spotykając po dordze Klajtona, o którym to spotkaniu pomyślałem nie wiadomo skąd na kilkanaście seknud przed samym spotkaniem), siedziała u mnie rodzinka. Posiedziałem trochę z młodymi kuzynami. Pograliśmy w Maigę i Miecz. Byłem wesoły i beztroski. Depresja minęła zaskakująco szybko. A to tylko dzięki bliskim mi osobom, zarówno tym z imprezy u Kinii, jak i spotkanej dzisiaj Dobrej Duszy. Żal mi tylko ludzi, których poraniłem wczoraj. I imprezy, na której tak bardzo chciałbym być. Ludzi, którzy pytali o mnie, kiedy ja po chamsku napisałem do Klio, że beze mnie też się będą dobrze bawili. Cóż, kiedyś było to moje standardowe hasło. Ale było ono tylko reakcją na zachowanie świata zewnętrznego wobec mnie. I wynikiem mojej dziwnej osobowości. Dziś żyję nadzieją. Nadzieją, że wszystko się ułoży. Tata znajdzie pracę, a ja podołam sesji. I odpocznę wreszcie. Ech, przede mną wyjątkowo ciężki miesiąc. Ale ja się nie dam. Będę walczył o swoją przyszłość, dopóki starczy mi sił. Bez tej walki nigdny nie zdobędę szansy ma uwolnienie się spod kochanych, lecz nadopiekuńczych skrzydeł rodzicielskich. I szansy na ustabilizowane życie z drugą połową kiedyśtam w pzyszłości. A teraz dochodzi nowy cel nauki, a co za tym idzie dobrej pracy - wspomożenie mojej rodziny, której przyszłosć stanęła pod znakiem zapytania. Ale ja dam radę. Zbiorę wszystkie siły i podołam studiom. Nie wolno tracić nadziei. Nie wolna się poddawać. Trzeba walczyć do samego końca. A ja jeszcze mam siły. Choć wczoraj "odpływałem" i znajdowałem się jakby poza światem, tylko wewnątrz samego siebie, to dzisiaj na powrót wierzę w to że będzie dobrze! I choć jestem saby, chory, niewyspany, zmęczony, i w stanie gorszym niż przed feriami, od jutra zaczynam walkę o lepszą przyszłosć. Bo Meleth to ten, który zawsze musi iść pod wiatr...
Komentuj (3)
Link :: 07.01.2005 :: 20:15
Spokój
Tak. Odyskałem wewnętrzny spokój. Przynajmniej na razie. I teraz na chłodno postaram się krótko wyjaśnić co mi się stało dokładnie tydzień temu. Najkrócej mówiąc: załamka. Szerzej? Cóż, może i mam silną osobowość, ale kilka niemiłych zbiegów okoliczności osłabiło mnie i to znacznie. Od września minionego roku wszystko było super, w najlepszym porządku i radziłem sobie ze wszystkimi problemami. Ale coż - kilka tygodni harówki bez większego odpoczynku (jedyny dwudniowy odpoczynek zeżarł mi oblany kolos z Półprzewodów), a potem zamiast oczekiwanego wypoczywania długotrwałe stawianie czoła kolejnym przeciwnościom, w zasadzie jednej za drugą. Taki stan rzeczy przez 1,5 tygodnia, bonusowo w atmosferze awantury i nieustającej pracy i bez upragnionego leżenia do góry brzuchem doprowadził mnie do nieciekawego stanu. Ale cóż, było - minęło. W tym czasie zrobiłem sporo głupich rzeczy, jeszcze więcej głupich rzeczy nagadałem (w tym w poprzedniej notce) i w ogóle było nieciekawie. Cóż, każdy, nawet ja, ma prawo do tego, żeby po pewnym czasie po prostu ugiąć się pod dźwiganym ciężarem. Chociaż z drugiej strony trzeba się uodparniać ta takie sytuacje, bo życie nie jest kolorową bajką, gdzie "wszystko będzie dobrze". Życie w dużej mierze składa się właśnie z przykrych sytuacji, którym trzeba dzielnie stawiać czoła, a nie opadać z sił i tracić panowanie nad sobą. Ale jak już mówiłem jakiś czas temu panu Deladeathowi - wbrew pozorom ja nie jestem niezniszczalny. Ale nic - było, minęło. Teraz trzeba żyć dalej. Znów się uśmiechać, żyć z ludźmi i nie zamykać się na świat. Po prostu wrócić do rzeczywistości. No i w sumie już do niej wróciłem i jest spoko. Żal tylko trochę tego, co się wydarzyło. I jeszcze nieszczęsna sprawa Sylwestra - nie poszedłem tam gdzie planowałem, ale przecież spędziłem go z równie wspaniałymi ludźmi i było fajnie. Nie mogę narzekać. To ja psułem sobie sam wszystko zamykając się na wszystkich. Tak nie można. Nie mozna też się na wszystkich otwierać, bo z samotnego kącika zrobi się Kraków - Dworzec Główny w godzinach szczytu. :] Kończąc tę nieprzyjemną sprawę chciałem przeprosić tych, których przez te kilka dni uraziłem. I podziękować tym, którzy byli blisko mnie, którzy pytali co się dzieje, wysłuchali, podnosili na duchu i mówili magiczne słowo "rozumiem", na które mój głód nie wiem czy zostanie kiedykolwiek zaspokojony. Dzięki Wam, dobrzy ludzie!!! :) Bez względu na to, czy to czytacie, czy nie.
To tyle, jeśli chodzi o tamtą sprawę. Oby jak najmniej takich załamek. A co w ogóle słychać? Cóż, humor może i lepszy, ale ogólnie sprawy nie idą zbyt ciekawie. W niedzielę po Sylwku spaliłem skaner. W poniedziałek admin złapany w klatce schodowej powiedział, że spalił się switch i internet "na pewno jutro będzie". :] We wtorek dostałem na uczelnię telefon od mamy, że spalił się komp, bo się wyłączył, nie chce działać, jest gorący i śmierdzi. Taaak, to był dobry tydzień. :] Na szczęście skaner jest już w Warszawie w serwisie, net już chodzi a komp zaczął działać po ok. 3 godzinach buntu. Do dziś nie znam przyczyny awarii. :] Co dalej? Terminy egzaminów już ustalone. Nie są to najszcześliwsze terminy, ale mogłoby być zawsze gorsze. I tak: 24 I - Metrologia, 26 I - teoria Obwodów (Druty, znaczy się :P), 2 II - Przyrządy Półprzewodnikowe (duel z samym mistrzem Koperfildem). Cóz, pozostaje tylko siąść i się uczyć. Chociaż sił ostatnio brak. Jeszcze nie udało mi się odpocząć po feriach (jejku, jak to brzmi) i czasami chodzę po prostu nieprzytomny, zasypiam w dziwnych miejscach, mięśnie ledwo ze sobą współpracują a bez kawy nie mam co zabierać się za logiczne myślenie. Ale spoko, dziś zrobiłem sobie wolne od nauki. Po uczelni polazłem do sklepu, zjadłem obiad, umyłem gary, potem 15 minut dla siebie, korki z majcy i teraz kilka chwil przed kompem. A za jakiś czas zapewne usnę z książką w ręku. Nie, nie z podręcznikiem. Z czytadłem. :] To tyle, jeżeli chodzi o moje wolne popołudnie. A od jutra zakówka - w przyszłym tygodniu trzy kolosy, w tym Druty z całego semestru i Sygnały, z których jestem na krawędzi zaliczenia. Ale muszę się też pochwalić, że z Półprzewodów z ćwiczeń mam 5,0 na koniec. Jak się chce, to się potrafi. :] Co tam jeszcze u mnie? Ech, tata nadal bezskutecznie szuka pracy. Dzisiaj coś złapał dorywczo (i chyba jednorazowo) i jeszcze nie wrócił. Zobaczymy co będzie. A żeby nie było za lekko, właściciel byłego zakładu zaczyna robić problemy. Nie wystarczyło mu zwolnienie całej załogi. Najprawdopodobniej chce użyć dziury w przepisach do zaaplikowania załodze dyscyplinarki. Co to daje? Ano zabranie obecanego wypowiedzenia - 1/3 wypłaty przez 3 miechy. I zapaćkane papiery. Bo kto przyjmie faceta, co go dyscyplinarnie z pracy wywalili? A czemu tak robi? Heh, otóż pana właściciela od kilku miesięcy okradał na posre sumy pan kierownik. A że pan właściciel oficjalnie nie wie, kto go skubał, to leci cała załoga. Tak po prostu. On znajdzie nowych. A starym uprzykrzy życie, że "śmieli z nim zadrzeć". Bez komentarza...
Są też pozytywne aspekty tego tygodnia. Od kilku dni znów patrzę się w niebo uśmiechając się do siebie. Znów warto patrzeć w górę. Że co? Nie, nie ma tu żadnych ukrytych symboli, podtekstów ani niczego podobnego. Ja po prostu uwielbiam patrzeć na niebo. A orzez ostatnie 2 miesiące było ono albo w 100% zachmurzone, albo w 100% czyste. A teraz? Znów jest cudownie piękne, lekko pochmurane i w bajecznych kolorach. I znów warto wychodzić z domu o świcie, a wracać przy zachodzie słońca. Powiem krótko - patrzcie na niebo, bo wiele w nim piękna, którego na ziemi czasem tak bardzo brakuje...
Komentuj (1)
Link :: 14.01.2005 :: 16:55
"I'm walking a fine line...
...between hope and despair" Ten cytat z pewnej sympatycznej piosenki grupy Queen świetnie opisuje ostatni tydzień (bądź dwa). Chociaż w czasie obecnym przewaga "hope" nad "despair" jest już baaardzo duża, a "line" już nie jest taka "fine". :] Cóż, panie i paowie, tak już jest - raz na wozie, raz nawozem. :P A mój powrót do normalnego odbierania świata to tylko dowód na to, że trzy spore załamki w fatalnym roku 2004 to jeszcze trochę za mało, żeby mnie złamać na dobre. :] A dlaczego "fatalnym roku"? Cóż, niewiele miłych rzeczy przydarzyło mi się w nim, a przewaga tych mniej pożądanych była dosyć duża. No a poza tym straciłem parę bardzo cennych... Ba! Wręcz bezcennych rzeczy, które są już nie do odzyskania. Ale to już sam jestem sobie wszystkiemu winien i nie mam na co narzekać. "You're the victim of your crime" - jak śpiewał Freddie Mercury w jednym ze swoich najładniejszych kawałków. Właśnie ostatnio zauważyłem, że jeżeli chodzi o muzykę, to wracam do korzeni. Po drugie znów częściej słucham Blind Guardiana, ale po pierwsze i najważniejsze - bardzo często wsłuchuję się w cudne brzmienie najlepszej rockowej grupy wszechczasów, znanej bardziej jako Queen. :] Kto nie zna ich muzyki, naprawdę wiele traci. Odkurzyłem nawet walkmana, żeby móc cobie umilać czas ich twórczością w drodze do/z uczelni. Niestety okazało się, że ładowarka do akumulatorków zbuntowała się i nie chce ładować. Na szczęście pewien wyjątkowo życzliwy Hanys (kto nie wie co znaczy "Hanys" niech się wstydzi i czym prędzej zacznie uczyć się języków obcych :P) obiecał mi ładowarkę tę naprawić. A do tego czasu należy zakupić jak najtańsze baterie. :) A jak już jestem przy powrocie do korzeni - statnio znów wczytuję się w książki s/f, jak za dawnych dobrych czasów. Na składzie mam też kontynuację cakiem dobrej sagi fantasy z serii "Dragonlance" oraz jedno z dzieł mistrza grozy i klimatu - Lovecrafta. Krótko mówiąc całkiem niezły zestaw do chwilowego zatopienia się w zupełnie innym świecie bez własnych trosk i problemów. A poza tym co ciekawego? Tata nadal poszukuje pracy. Cały pozytyw tej nieprzyjemnej sytuacji to fakt, iż w domu od dwóch tygodni panuje spokój. Żadnej awantury czy nawet kłótni. W domu panuje dziwny klimat... Wszyscy są dla siebie mili i życzliwi. A grobowa atmosfera gości niezwykle rzadko. Ogólnie jest bardzo sympatycznie. Gdyby tylko nie fakt braku perspektyw na przyszłość... Ale nie można mówić, że nie ma nadziei. Wszyscy wierzymy, że jakoś się ułoży. Jeszcze nie wszystkie drogi zostały wypróbowane i daleko jeszcze do rezygnacji. Tymczasem ja siedzę i zakuwam. Pierwszy egzamin już za 1,5 tygodnia, a ja nie zacząłem się jeszcze porządnie uczyć do niego tylko piszę kolosa za kolosem. We śrdoę Druty - tutaj spoko, bo do zaliczenia przed napisaniem kolosa brakowało mi tylko 0,1 pkt., a tyle facet daje za napisanie daty na kolokwium (poważnie!). Wczoraj Programowanie. Posiedziałem w środę do nocy, pouczyłem się a rano przyszły jeszcze SMSem z akademika niektóre pytania z tegoż kolokiwum. Mówiąc krótko - kolos z Programowania napisany na 80% i już nie ma czym się przejmować. Gorzej z Teorią Sygnałów. Wczoraj pół dnia się uczyłem, pomijając ten odcinek czasu, w którym zasnąłem przy stole, kiedy usiadłem tylko "zebrać myśli". :] I pół godziny w plecy. Ale spoko, nauczyłem się i czułem się przygotowany. Szkoda tylko, że zawaliłem tego kolosa dzisiaj. Jest jeszcze nadzieja, że będę miał zaliczenie, ale więcej znaków wskazuje na to że będę pisał tzw. "kombajna" - czyli duże kolokwium z całego semestru w celu nie wpisywania ślicznego 2,0 do indeksu. Po prostu miodzio. Zwłaszcza, że termin "kombajna" jest w samym środku sesji... :] Ale ogólnie nie jest źle - roboty od metra, ale staram się sobie z nią radzić przy odpowiedniej ilości wypitej kawy. A własnie, ostatnio miałem stracha, bo ponad pół dnia czułem dziwny, intensywny ból od lewego łokcia począwszy, przez ramię, lewą pierś i aż do łopatki. To nie było fajne. Ale na drugi dzień już było okay i uznałem że jest to skutek noszenia plecaka zawsze na lewym ramieniu... No, to chyba tyle nowości. Dzisiaj "wolny" piątek. Czyli zaledwie w 15% poświęcony tylko sobie - odpoczynkowi, rozrywce itp. Za chwilę właśnie zaczynam korki z majcy. Dzisiaj dwie godziny. A potem może odpocznę...
Stary rok się skończył i nie był zbyt przyjemny. Ale nadszedł nowy rok i nowe nadzieje. Może tym razem coś zmieni się na lepsze? Tymczasem mam na sobie bagaż kolejnych dwunastu miesięcy. Czy jakoś mnie one zmieniły? Cóż, wprawny obserwator zobaczy jedynie w moich oczach trochę więcej smutku niż zazwyczaj. Ale poza tym wszystko po staremu. I idziemy do przodu. Bo "Show must go on!" :)
Komentuj (2)
Link :: 27.01.2005 :: 17:06
Trochę zmęczony...
1,5 tygodnia nieobecności tutaj. Niedługo będę pisał nowe notki raz w miesiącu. :] No to teraz trzeba będzie w skrócie nadrobić czas nieobecności. Zeszły tydzień (który zaczął się od spalonego kompa i pół dnia repecenia i reanimacji - na szczeście padł tylko zasilacz) - mówiąc krótko to był okres zaliczeń i biegania za wpisami i ocenami. Zamiast uczyć się do egzaminów, "marnowałem" czas na wędrówki po uczelni i ostatnie kolosy. Ale w sumie warto było - wszystkie ćwiczenia i laborki zaliczone i nawet przyzwoicie, powiedziałbym. No dobra, dosyć tych dobrych wiadomości, co za dużo, to nie zdrowo. :P A teraz ostatnie wieści...
W poniedziałek miał być egzamin z Metrologii. Ale nie obawiałem się niczego, bo chłopaki załatwić mieli pytania z lat ubiegłych. I faktycznie, przyszły każdemu na maila - w czwartek wieczór 141 ślicznych pytań z Metro do opracowania. Ale jako że tego trochę dużo było, to podzieliliśmy się robotą - każdy po 6 pytań i rozesłać wszystkim. A po małej zmianie planów - przesyłki szły tylko do akademików, gdzie całość chłopaki mieli przeredagować, skleić w jedną całosć i rozesłać. A przy okazji zrobić każdemu ściągi. :] Spoxik, złote chłopaki. :) Opracowałem swoje pytania i rozesłałem wszystkim. Sam dostałem kilka opracowanych, ale spora część poszła tylko do akademików. Na piątkowe popołudnie był plan, żebym wpadł na chwilę do Klio, a być może nawet i zobaczyć się z grupą znajomych. Ale w tym samym czasie miałem też lekcje majcy udzielać. A skoro dowiedziałem się, że spotkanie z Klio można przełożyć bez bólu na niedzielę, to wybrałem lekcję. W końcu od zamrożenia mojego kieszonkowego z wiadomych powodów sam muszę zadbać o kasę na kolejune kserówki... :/ No i nie pojechałem do Klio - przełożyłem wizytę na niedzielne popołudnie, a po lekcji wpadli do mnie Artoo z Klajtonem i spędziłem ten cas równie przyjemnie. :) A w sobotę rano padł mi net... (minuta ciszy)... ... ... Od czasu do czasu się włączał, ale w sumie uniemożliwiało mi to nromalną naukę na Metro. To, co ściągnąłem dzień wcześiej na dysk musiało mi wystarczyć. Ale niepokoił mnie fakt, że po południu miała przyjść przesyłka główna z akademików - wszystkie 141 pytań opracowanych i ładnie przygotowanych. W końcu musiałem się ich jeszcze nauczyć przed niedzielnym wypadem. Ale do nocy nikt nie dał mi znać, że mam coś na poczcie, a sam nie mogłem sprawdzić. Jednakże sąsiad Krzywy, który był na tyle mądry, że założył Neostradę, nie odmówił mi swojej pomocy. Dowiedziałem się potem, że przesyłka została wysłana, ale nie doszła przez te 30 minut sobotniego wieczoru, kiedy to miałem neta. :] W niedzielę rano internetu nie było (admin tłumaczył to tym, że "zamikło im łącze" - nie prościej było powiedzieć, że coś się zepsuło, a im nie chce się przyjeżdżać? :P). Infa z akademików też nie było, więc W końcu napisałem SMSa z zapytaniem co z testami. Odpowiedziano mi, że już są, tylko zapomniano mi dać znać. Wrrr! :] Ale nic. Czekam na Krzywgo. Miał być o 9:00. O 11:00 napisałem do niego SMSa. Pojawił się 30 sekund później, tłumacząc się, że zapomniał... Wziął płytę i tuż po 12:00 miałem w rękach materiały do nauki! Wreszcie! Mogę się uczyć! Zostały tylko 4 godziny czasu do wyjścia, ale spoko - zdolny jestem i dam radę!!! I kiedy tak rozmwyślałem, przyszedł SMS odwołujący popołudniowe spotkanie. Bez kitu, ale to wszystko wgląda jak jakaś scenka z komedii klasy C bądź kreskówki klasy B. ;) No nic, pouczyłem się Metro, porobiłem zadanka z Drutów, obejrzałem kiepski, jak się okazało, film i z lekkim smutkiem położyłem się spać. A w poniedziałek egzamin! Wszyscy na pewniaka - mamy ściągi, znamy testy - damy radę! Warto wspomnieć, że źle sprawdziłem sobie czas egzaminu na necie, a z waidomych przyczyn nie miałem jak zrobić tego ponownie. No i byłem pod slą egzaminacyjną jak głupi 3 godziny przed egzaminem, zamiast spać jeszcze smacznie. Ale i tak uważam, że jest dobrze, bo mogłem np. pojawić się 3 godziny, ale po. A do tego też jestem zdolny ostatnio. :] Ale,nic. Egzamin piszemy. Biorę kartkę, patrzę i... Eee? "Panie doktorze, zaszła jakaś pomyłka" - chciałoby się powiedzieć. Niestety, autor naszych podręczników i wykładowca zarazem wycwanił się i do 144 starych ptań dodał z 50 nowych i wszystkie wymieszał. Żeby chociaż to równomiernie zrobił. Ale gdzie tam! Niektórzy mieli 8 do 11 pytań ze starych testów, a niektórzy 0 lub 1. U mnie nie było najgorzej. Miałem jedno. :] Reszta to było strzelanie. Obiecałem sobie, że jak zdam, to puszczam totolotka. No i dziś dowiedziałem się, że oszczędziłem piątaka - mam wpisane śliczniutkie 2,0 i jestem jeden egzamin w plecy, a przez to kilka dni ferii (jak nie wszystkie) zawalone nauką. Ale tym razem przygotuję się rzetelnie. Szkoda tylko, że straciłem kolejną okazję do odpoczynku. Ale nic to, może innym razem (czy mi się zdaję, czy powtarzam to już od kilkunastu tygodni? :P). A dzisiaj egzamin z Drutów. Zrobiłem 7 zadań na 10, ale jak będzie, to się zobaczy. Dziś ogólnie zły dzień. Miałem zajrzeć dziś do Klio, ale najpierw czekałem 2 godziny na to, żeby zobaczyć swoją pracę z Metro (bezskutecznie) a potem jakiś Putin wymyślił sobie do Krakowa przyjechać i zatkało kilka ulic w Krakowie. M. in. jak Karmelicka długa i szeroka, stało na niej tyle tramwajów, że ho hoo! No i zmuszony byłem zrobić sobie mały spacer aż do Dworca Głównego. A fizycznie już wysiadałem po tych kilku dniach. Jeszcze dziś rano wpadłem na głupi pomysł wypicia kawy przed egzaminem, a mój żołądek wpadł na głupi pomysł prostestu przeciwko nadużycu kofeiny akurat dzisiaj! To nie było zbyt miłe, gdy przerywałem liczenie zadań, odkladałem pióro i zastanwaiłem się kiedy miną boleści...
Dobra, tyle, bo będzie, że tylko narzekam i narzekam. Ale co zrobić? Mi naprawdę nie przytrafia się ostatnimi tygodniami prawie nic miłego i nie otrzymuję żądnych dobrych wiadomości. No poza tym, że Małysz zajął ostatnio drugie miejsce, ale to raczej przeciętnie wpływa na przebieg mojego życia. :] Zastanawiam się jak długo jeszcze pociągnę? I kiedy znów przyjdzie czas taki, jak w okolicy Sylwestra, kiedy chwilowo poddam się przeciwnościom. Cóż, na razie dzielnie daję sobie radę. Ale marzę o tym, by móc znów uśmiechać się całą duszą, a nie tylko samą twarzą... :/
Aha - raz jeszcze dzięki ludzikom pamiętającym o moich urodzinach. Kurczę, jaki ja już stary jestem... Ale z drugiej strony - mogę schodzić do każdej knajpy, kupować alkohol w USA i mieć pozwolenie na broń. To ostatnie w Nowej Hucie szczególnie może się przydać... ;)
APDEJT
Ta notka została napisana wczoraj, ale tuż przed naciśnięciem przycisku "wyślij" wywaliło mi internet i dopiero dziś naprawili usterkę. Po co piszę apdejt? Po pierwsze nie chce mi się zmieniać wszystkich "dziś" na "wczoraj". :P A po drugie chcę się pochwalić moim 2,0 z egzaminu z Teorii Obwodów (czyli Drutów), co daje mi 2 oblane egzaminy, a przede mną został tylko ten najtrudniejszy - z Półprzewodów. A wszystko to oznacza, że przez dłuuugi czas nie napiszę tu nic nowego...
Komentuj (1)