Link :: 04.10.2008 :: 13:08
Idziemy dalej...
Skoro już zdecydowałem się pisać częściej, trzeba by podtrzymać to spontaniczne postanowienie. Co więc nowego u mnie? To może tym razem pojedziemy po kategoriach:
MAGISTERKA
Zebrałem kilka źródeł do ostatniego rozdziału. Więcej z Googli oraz serwisu inżynierskiego IEEE nie da się wykręcić chyba, chociaż może się mylę. W każdym bądź razie zapoznałem się ze wszystkimi materiałami, wynotowałem co najważniejsze i jestem w stanie wydusić z tego maksymalnie 10 stron tekstu. Mało. No i informacji brakuje Trzeba będzie się udać osobiście do promotora, czego wolałem jak najdłużej unikać po naszej ostatniej rozmowie telefonicznej: "Wie pan co, proszę mnie trochę więcej szanować i nie dzwonić tak często." Odkąd to usłyszałem minęły trzy miesiące, kto wie, może już zapomniał? A tymczasem póki się z nim nie skonsultuję, biorę się za część praktyczno-symulacyjną. Wczoraj byłem u mojego współmagistranta, obgadaliśmy parę spraw i mamy plan co dalej. Teraz tylko zabrać sie do roboty, chociaż chęci ostatnio spadły. Ale chrzanić to - większość tych studiów robiłem przez siłę, to i magisterkę jestem w stanie w ten sposób pchnąć. Ech, co zrobić, że jestem leniwy z natury...? :-)
PRZYJACIELE
Ostatnio sprawiałem im trochę problemów, a dokładniej zamęczałem ich swoimi. Wiem, że przyjaciele od tego są, ale nie jest to w moim stylu. Zawsze starałem się ja wysłuchiwać problemów innych, a nie dokładać swoich. Jednakże... po pierwsze aby takie relacje były zdrowe, powinny być obustronne, przynajmniej mnie się tak wydaje. A po drugie... niewykluczone, że bez zwrócenia się do nich nie wylazłbym tak szybko z dołka. DZIĘKUJĘ WAM!!! Szkoda tylko, że tak rzadko się z nimi widuję, no ale postanowienie jest postanowieniem - jak zacznę znów biegać po knajpach, kinach, domach i mieście, magisterka znów pójdzie w kąt. Przykro to mówić, ale spotkania z przyjaciółmi to jedna z kilku rzeczy, które muszę chwilowo ukrócić, chcąc zakończyć etap studiów magisterskich. W każdym bądź razie staram się, aby nadal jakiś kontakt był, bo bez tego ani rusz. :-)
DOM
Druga rzecz, którą trzeba "wyhamować" aby znaleźć więcej czasu na magisterkę. Przed weselem siostry byłem mocno absorbowany przez rodzinę, ale wiem, że byłem potrzebny i robiłem to z kilku ważnych względów - nie krzywdowałem sobie z tego powodu. Teraz wciąż jestem potrzebny to tu, to tam - i dobrze, życie domowe też jest bardzo ważne. Staram się jednak bardziej to wszystko wyważyć, umieć czasem powiedzieć "nie, bo jestem zajęty nauką". Jednakże to jest najtrudniejsze co mogę zrobić w celu znalezienia większej ilości czasu. Po pierwsze dlatego, że jednak trudno odwrócić się plecami do rodziców i pozostawić ich samych sobie z ich problemami - rzecz niewykonalna z względów chociażby zwykłych relacji międzyludzkich. Po drugie - odmawianie pomocy może się na mnie prędzej czy później zemścić, ale to temat już nie do opisywania na forum publicznym. Tak czy inaczej, poszukiwanie złotego środka trwa. :-)
PRACA
Trzydniowa delegacja. Była mi potrzebna, aby się na chwilę oderwać od krakowskiego życia - od domu i innych spraw, które zaprzątają umysł. Trzeba się było skupić na robocie w terenie, a pod koniec dnia człowiek był tak wytyrany, że nie szło do 23:00 przy piwku wysiedzieć, bo sem sam się pchał do zmęczonych duszy i ciała. W kwestii mojej pomyłki przy projekcie wiele nie wiadomo, poza tym, że za 2 tygodnie Rada Wspólnoty Mieszkaniowej danego osiedla rozważy opcję dołożenia szafki zasilacza we wskazanej lokalizacji. A jeżeli nie rozważy, to następne posiedzenie rady jest za 4 miesiąca. Nawet nie myślę jakie koszty będzie miało wstrzymanie prac na tak długi okres. Co poza tym? Cóż, planuję bywać mniej w pracy - codziennie krócej, albo jeden dzień więcej wolny. Wiadomo - magisterka. Jest jeszcze kwestia zatrudnienia. Udało mi się załatwić "lewe" studia. To znaczy, studia są całkiem legalne i porządne, tyle, że po odbiorem legitki oraz podbiciem ubezpieczenia, nie wiem czy się tam jeszcze pojawię w ciągu semestru. Cóż, szefowa, każe, pracownik musi. Albo nie, nie musi. Jedna osoba z naszego zespołu się postawiła i stwierdziła, że nie będzie żyła pod dyktando szefowej i nie załatwiła sobie takich studiów. Efekt - decyzja czy pracować za małą stawkę albo odejść z pracy. No i jest nas o jedną osobę w naszej zakręconej ekipie mniej. Ale po za tym wszyscy pozostali na miejscach i jeszcze do końca roku będziemy razem stawiać czoła kolejnym projektom, a jak szefostwo się postara, to może i jeszcze dłużej - zależy, czy wywalczą nowe zlecenia od klientów. To w sumie dobrze, bo żal by było, aby rozpadła sie całkiem taka świrnięta ekipa. :-)
UCZUCIA
Osobą, która z podniesioną głową opuszcza nasz zespół, jest panna Y. Było już jedno spotkanie pożegnalne przy piwku, będzie jeszcze jedno. W tym jednym, jedynym przypadku nie obowiązuje zasada "zdobywania czasu na magisterkę za wszelką cenę". Nie udało się jej wtedy odprowadzić do domu i pogadać. Trudno. Udało sie zadzwonić z dobrymi wieściami - w jednej z warszawskich firm, gdzie pracuje Aiwendil są wolne miejsca pracy i chętnie przyjęliby niewiastę z Krakowa, jako że ludzie z naszej uczelni sprawdzili się na swoich stanowiskach pracy tam, natomiast miejscowi - nie bardzo. Przez telefon popytałem też jak ostatecznie sprawy z pracą w Krakowie, jak magisterka itp. Nie wiem czy cieszyła się z telefonu, nie potrafię tego powiedzieć. W każdym bądź razie w nadchodzącym tygodniu będzie to spotkanie pożegnalne i najprawdopodobniej wtedy zobaczymy się po raz ostatni. Chciałbym jakoś przedłużyć tę znajomość, ale nie bardzo wiem jak. I boję się, że byłoby to przedłużanie na siłę. Czy się poddaję? Ależ nie, absolutnie! Jeszcze spróbuję coś pogadać, popytać czy jest jakaś szansa na spotkanie poza sferą zawodową. A jak się nie uda pogadać po spotkaniu, zrobię jak mi doradził przyjaciel i zadzwonię po dłuższym okresie czasu i wówczas zobaczę, czy to wszystko w ogóle ma sens. W każdym bądź razie kończy się powoli ten etap platonicznej znajomości - albo pójdzie w jedną, albo w drugą stronę. Oczywiście, żal tracić kontaktu z tak fantastyczna osobą, ale cóż zrobić? Jedyna okazja, żeby przestać łazić wreszcie po rozżarzonych węglach, jak to robię od przeszło roku. Tak, wiem, że będzie bolało i będzie tęskno i w ogóle niemiło. Ale cóż, takie jest życie. Trzeba ten okres przeczekać, poskładać się do kupy i za jakieś 6-12 miesięcy znów zacząć myśleć o walce z samotnością. Cóż, kolejny rok mija, a ja wciąż jestem emocjonalnie na etapie 14-latka. Ale nic to, pojawiła się nowość - wola walki i umiejętność proszenia przyjaciół o pomoc. Powoli, powoli, a doświadczenie samo przyjdzie i następnym razem będzie już łatwiej. :-)
PIOSENKA
Jak zwykle, z resztą. :-) Tym razem utwór wyciągnięty z opisu pewnej znajomej osoby. Po zapoznaniu się z tekstem utworu jak to zwykle ja próbowałem cośkolwiek pocieszyć tę osobę, jako że utwór emanuje smutkiem. Heh, dowiedziałem sie tylko, że opis nie ma żadnego związku z samopoczuciem. Cóż, skoro tak, to pozostaje tylko z przyjemnością posłuchać kompozycji. :-)
"What Can I Say" - Brandi Charlie
Look to the clock on the wall,
Hands hardly moving at all.
Can't stand the state that I'm in
Sometimes it feels like the walls closing in
O lord what can I say
I am so sad since you went away
time time ticking on me
Alone is the last place I wanted to be
Lord what can I say
Try to bury my toubles away
drowns my sorrows the same way
seem that no matter how hard I try
It feel like somethings just missing inside
O lord what can I say
I am so sad since you went away
time time ticking on me
Alone is the last place I wanted to be
Lord what can I say
Oh lord what can i say
How rules can I break
how many lies can I make
how many roads can I turn
to find me a place where the bridge doesn't burn
O lord what can I say
I am so sad since you went away
time time ticking on me
Alone is the last place I wanted to be
Lord what can I say
O lord what can I say
I am so sad since you went away
time time ticking on me
Alone is the last place I wanted to be
Lord what can I say
Brandi Charlie - What Can I Say
Komentuj (0)
Link :: 17.10.2008 :: 23:12
Ach, jak mi źle!
Znowu nie układa się tak, jak powinno. Po napisaniu lwiej części pracy byłem u promotora. Ten przyjął mnie i współmagistranta bardzo miło, zapytał nawet jak tam postępy z pracą i czy widać światełko w tunelu. A potem je zgasił, zmieniając zupełnie koncepcję pracy i niemalże temat. Dotychczasowe symulacje okazały się zbędne, a niemal ukończona teoria wymaga zupełnej reedycji i dodania kilku obszernych podrozdziałów. W dodatku dowiedzieliśmy się, że magisterka ma liczyć od 140 do 200 stron. I znów długie miesiące walki, zamiast 3 tygodni wykańczania, jak to było planowane. Masakra. A inne sprawy? W domu ciężko znaleźć czas dla siebie. Trudno znaleźć też czas dla przyjaciół, bo wciąż jakaś robota - jak nie przy magisterce, to w domu. W pracy też nieciekawie się układa, bo wciąż nie wiadomo co z zatrudnieniem. Przecież ja w każdej chwili mogę zostać bezrobotny! A że wykształcenia wyższego nie mam i jeszcze długo miał nie będę, to znalezienie nowej pracy będzie niewykonalne! Dodatkowo ta sprawa z pomylonym zasilaczem - ostatnio dowiedziałem się od mojego lidera grupy (który zebrał za mnie manto), że lider projektowy UPC na całą Małopolskę najchętniej ukręcił by mi jaja... Pozostawiam to bez komentarza. No i jeszcze sprawa z Panną Y. Będzie pracowała w Warszawie, z dala ode mnie. Heh, sam ruszyłem odpowiednie sznurki żeby tam złapała robotę, bo nie chciałem, żeby traciła ciągłości finansowej, gdyż pieniądze są jej potrzebne na realizacje marzeń. Wprawdzie udało się zorganizować jakieś spotkanie, ale co z tego? Przecież ja i tak nie umiem postępować z kobietami. Na pewno zrobię jakąś głupotę, coś nie tak, wypadnę źle i w ogóle. Okażę się nudziarzem i tyle. Nie wiem czego ja tam szukam, przecież jestem beznadziejną partią, i tak sobie nie poradzę, bo nie umiem, nie potrafię. Nigdy tak szczerze i na poważnie nie miałem dziewczyny i nie radzę sobie z tym. Nie umiem! Nie potrafię! Nie uda mi się! Nie... STOP
Cisza.
.
.
.
Wdech. Wydech.
.
.
.
Wdech. Wydech.
.
.
.
Wdech. Wydech.
.
.
.
Dosyć. Wystarczy już tego. Chyba za długo już to trwa.
Popatrzmy na to z dystansu, oddalmy się. Taaak, właśnie tak. Zaraz, zaraz... to jęczące, narzekające na cały świat i żalące się wszem i wokół na zły los stworzenie to ja? To naprawdę ja? Ech... Nie zdawałem sobie sprawy, że tak daleko to zajdzie. No ale już dosyć, wystarczy. Przypomnijmy sobie... taaak. Klika lat wstecz. Nie byłem przecież taki. Byłem zaradny, na swój sposób pewny siebie, niezwykły optymista i przede wszystkim wierzący, że świat stoi przede mną otworem i wystarczy tylko ruszyć mu na spotkanie. Byłem nawet zbyt pewny swojej wewnętrznej siły. No i zdarzyło się - kilka spraw się zawaliło, kilka razy oberwało się po głowie, kilka przykrości zebrało sie naraz w jednym czasie i cała pewność siebie zniknęła, a ja, ten dawny ja skopiowałem metodę walki ze "złym losem" od żółwia - schować sie w skorupie i poczekać aż niebezpieczeństwo minie. Dobry pomysł, ale na krótką metę - kilka tygodni max. Ale nie niemal 4 lata. Myślę, że już wystarczy. Myślę, że najwyższy już czas zacząć żyć, a nie uciekać przed życiem. A potem się dziwić, że przelatuje ono przed nosem, a czas przecieka między palcami.
W ostatnim roku sporo się wydarzyło. Praca, którą zacząłem nauczyła mnie samodzielności i odpowiedzialności za decyzje i za to, co robię. Bliższy kontakt z Panną Y., która to wywabiła mnie z mojej "przytulnej" skorupki. Przy okazji popełniłem też kilka błędów, a owszem, ale bez nich nie nauczyłbym się kilku rzeczy. Potem było też wesele siostry, po którym sytuacja w domu odmieniła się - chyba na lepsze - i wreszcie pozwoliła zobaczyć siebie, jako zupełnie dorosłego człowieka, a nie dziecka uzależnionego od rodziców i ich dobrej lub złej woli. Wreszcie załamanie sprzed prawie dwóch miesięcy już, kiedy to głośno zawołałem do odpowiednich osób o pomoc. I otrzymałem od przyjaciół nawet więcej, niż mogłem sie tego spodziewać.
Amris przypomniał ostatnio, że da się zawrócić z "drogi donikąd" i przekierować swoje życie na inne tory. Bez przejmowana się tym co powiedzą inni.
Aiwendil wbił do głowy, że rezygnacją, marazmem i antyegoizmem daleko nie zajadę i że należałoby wziąć swoje życie w swoje ręce i uwierzyć w to, że coś dobrego może człowieka w życiu spotkać.
Halleth wytłumaczył, że wcale nie jestem takim beznadziejnym człowiekiem - mam swoje wartości, pozytywne cechy, dobre perspektywy i życie, które wbrew pozorom JEST wiele warte.
Strogonov dał przykład, że da się równocześnie realizować swoje pasje, studiować, mieć czas dla ukochanej osoby i przy tym wszystkim być nadal dobrym kumplem.
Klajton wreszcie (last but not least) całym swoim życiem pokazuje, że choćby nie wiem ile nieszczęść spadło na głowę i choćby nie wiem jak mało miało się szczęścia w życiu, zawsze warto mieć wiarę w Tego, który nas kocha.
Aha! No i dzielna mała Eirien, osoba tak podobna do mnie charakterem, że aż strach - potrafiła ukończyć uczelnię, obronić się, znaleźć pracę oraz swoją drugą połówkę, czyli udowodnić, że z taka trudną osobowością można sobie w życiu wszystko poukładać i stawiać dzielnie czoła przeciwnościom losu.
Dziękuję Wam, moim Przyjaciele - bez Was daleko bym nie zaszedł. :-) Ale teraz pora już przestać się opierać na Was wszystkich, tylko przypomnieć sobie jak to jest iść o własnych siłach, bogatszym o nowe doświadczenia ostatnich kilku lat. "Znowu nie układa się tak, jak powinno." - tak zacząłem dzisiejszego posta. Cóż... a czego się tu spodziewać po życiu? Że zawsze będzie nas obrzucało cukierkami i płatkami róż, a na naszej drodze staną sami życzliwi ludzie? W coś takiego trzeba było przestać wierzyć dobre 10 lat temu. Życie jest życiem i różnie się układa. Grunt, żeby umieć sobie radzić z nim wtedy, kiedy nie układa się najlepiej, a cieszyć sie chwilami, kiedy wszystko jest w najlepszym porządku. Wszak "W życiu piękne są tylko chwile", jak śpiewał pewien nieżyjący już człowiek. :-)
W każdym bądź razie... życie jest w naszych rękach i tylko od nas zależy, jak ono płynąć będzie - los tylko wrzuca nas w nurt rzeki, a jak ją przepłyniemy, zależy już od nas - od determinacji, umiejętności "wiosłowania", doświadczeniu, wewnętrznej sile, wsparciu innych, podejściu do świata. Jakby nie było, wiem już, że styl pływacki "na kłodę" nie zawiedzie nas daleko. A jeśli nawet, to nie koniecznie będzie to kierunek, który byśmy sobie życzyli. Kiedy więc promotor zmienia koncepcję magisterki, trzeba po prostu dociągnąć materiały z neta i przysiąść nad nimi raz i drugi, a potem wymyślić nowy plan działania. Kiedy w pracy idzie coś nie tak, umieć zorganizować się lepiej i ulepszyć metody projektowania, aby unikać na przyszłość nieciekawych błędów. Kiedy w domu za dużo się wymaga, umieć raz na jakiś czas pokazać lub wytłumaczyć, że są czasem sprawy ważniejsze na głowie i znaleźć złoty środek pomiędzy domem a innymi sprawami. Kiedy traci się kontakt z przyjacielem lub dobrym kumplem, umieć znaleźć chwilę czasu dla niego - 2h pisania magisterki nie zmienią aż tak wiele, a kontakt z drugim człowiekiem może niezwykle ubogacić, nie można go unikać. Kiedy wreszcie podoba sie dziewczyna to choćby nie widziało sie w tym wszystkim szansy, spróbować. Choćby dla samego siebie, spotkać się, sprawdzić, próbować dać się lepiej poznać - jak nie wyjdzie, to kij z tym. A jakby tak jednak coś wyszło, to już zupełnie inna historia. W każdym bądź razie do każdego problemu trzeba by podchodzić racjonalnie, nie zaczynając od "Nie wiem, nie umiem, nie potrafię, nie dam sobie rady." I pogodzić się z tym, że życie nie jest pasmem przyjemności, ale nie jest też odwieczną Drogą Krzyżową. Znaleźć swój złoty środek. I pożegnać się ze smutkiem i zgryzotą, choćby długa i ciężka miała być droga, którą przemierzamy. :-)
Piosenka. Taka, którą bardzo lubię. :-)
Nightfall - Blind Guardian
No sign of life did flicker
In floods of tears she cried
"All hope's lost it can't be undone
They're wasted and gone"
"Save me your speeches
I know (They blinded us all)
What you want
You will take it away from me
Take it and I know for sure
The light she once brought in
Is gone forevermore"
Like sorrowful seaguls they sang
"(We're) lost in the deep shades
The misty cloud brought
(A wailing when beauty was gone
Come take a look at the sky)
Monstrous it covered the shore
Fearful into the unknown"
Quietly it crept in new horror
Insanity reigned
And spilled the first blood
When the old king was slain
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Immortal land lies down in agony
"How long shall we
Mourn in the dark
the bliss and the beauty
Will not return
Say farewell to sadness and grief
Though long and hard the road may be"
But even in silence I heard the words
"An oath we shall swear
By the name of the one
Until the world's end
It can't be broken"
Just wondering how
I can still hear these voices inside
The doom of the Noldor drew near
The words of a banished king
"I swear revenge"
Filled with anger aflamed our hearts
Full of hate full of pride
We screamed for revenge
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Immortal land lies down in agony
"Vala he is that's what you said
Then your oath's been sworn in vain
(But) freely you came and
You freely shall depart
(So) never trust the northern winds
Never turn your back on friends"
"Oh I'm heir of the high lord!"
"You better don't trust him"
The enemy of mine
Isn't he of your kind and
Finally you may follow me
Farewell
He said
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Quietly crept in and changed us all
Nightfall
Immortal land lies down in agony
Back to where it all began
Blind Guardian - Nightfall
Komentuj (2)
Link :: 23.10.2008 :: 00:12
And the story ends...
Wczoraj był bardzo dziwny dzień. Dziwny i trudny. Trudności zaczęły się w sumie przedwczoraj kiedy okazało się, że trzeba nagle podjąć pewną decyzję oraz kiedy umówiłem się na spotkanie z pewną osobą. Ale - jak to zwykle - po kolei.
Najbliższy piątek miałem spędzić waz ze Strogiem na koncercie świetnej powermetalowej kapeli ze Szwecji - Sabatonu. Chłopaki jako tematykę swoich utworów obrali Drugą Wojnę Światową, nie omijając także pierwiastka polskiego w tym wielkim, sześcioletnim kataklizmie. Przy okazji grają przy tym całkiem niezłym melodyjny metal. Koncert miał być taka małą ucztą muzyczną. Nagle pojawiła się jednak druga alternatywa - po wielu planach, po nieudanych wyjściach z Aiwendilem, Hallethem i Sławkiem w końcu pojawiła się okazja, żeby iść w góry. W końcu! Za miasto! Cel - Barania Góra. Okoliczności - wyjście firmowe z moją zakręconą ekipą projektantów. Decyzja dosyć ciężka, bo i na obu wyjściach mi ogromnie zależało. Cóż, taki pech, że dwa największe wydarzenia jesieni wypadły akurat w tym samym dniu. W tym miejscu należałoby wyśmiać zasady rachunku prawdopodobieństwa... W poniedziałek - przedwczoraj trzeba było się określić czy się jedzie na wycieczkę, czy nie. Udało mi się tę decyzję przełożyć jednak na dzień następny. Jeden dzień więcej do namysłu. Jeszcze tego samego dnia, późnym wieczorem, naszła mnie pewna szalona myśl. "A czemu by nie?" rzekłem do siebie i czym prędzej na GG napisałem pannie Y. zaproszenie na gorącą czekoladę do Nowej Prowincji jak tylko ta będzie czas miała. Na odpowiedź trochę poczekałem, jednakże warto było usłyszeć bezproblemowe "tak" i propozycje dnia jutrzejszego. Zgodziłem się bez wahania, w myślach odwołując już korepetycje z matematyki oraz umówione spotkanie z Amrisem. Cóż, są rzeczy ważne i ważniejsze. :-) To miał być trudny dzień, ale miał przynieść sporo nowego - poważną męską decyzję w sprawie trudnej oraz spotkanie z Osobą, z którą chciałbym spędzać jak najwięcej czasu. Hmmm...
Rano wstałem pełen nerwów i kłębowiska myśli - nie spałem najlepiej w początku nocy, ale po trzeciej to już zapadłem w kamienny sen, że nawet radiobudzik miał ze mną problemy... Raz dwa się ogarnąć i do pracy. Po drodze nie byłem nawet w stanie czytać książki (co zwykle robię), bo myślałem o tym jaką decyzję podjąć oraz o tym jak wypadnie spotkanie wieczorne. Szybko jednak domyśliłem się, że takie rozmyślenia daleko mnie nie zaprowadzą i... skupiłem się TYLKO nad decyzją. Co będzie wieczorem, to będzie. Ważne, żebym ja był sobą i tyle. W pracy wciąż "naciski" ekipy, żebym z nimi jechał. Ciężko było, bo skłaniałem się już ku koncertowi, ale "presja" ludzików z firmy była non stop. Próbowałem dla równowagi dzwonić do Stroga i pogadać z nim, licząc, że będzie mnie zachęcał do koncertu, ale nie na wiele sie to zdało. Wciąż ciężko było zdecydować.
Tymczasem po obiedzie miły przerywnik z pracy. "Hej!" - słyszę nad uchem, skupiony nad przebiegiem kabla na jednej z klatek schodowych warszawskiego osiedla. Nie muszę odwracać głowy, głos rozpoznaję od razu. "Cześć!" - na moje twarzy zapewne pojawił się banan od ucha do ucha. "Tak jak wczoraj rozmawialiśmy, wszystko aktualne?" "Naturalnie!" "Tylko jestem trochę ograniczona czasowo dziś jednak" "Trudno. Jakoś się z tym pogodzę." Uśmiech. "Fajnie, że wpadłaś. Przyszłaś oddać kartę wstępu do firmy?" "Nie. Przyszłam złożyć autograf" "Autograf?" "Nooo... autograf. No wiesz." "Hmmm... no nie wiem." "No umowę o pracę podpisać" "Gdzie, tu u nas?" "Nie. W KFC na dole!" W tym momencie dopiero dotarło do mnie, że panna Y. wraca do firmy, ale z kamienną twarzą dodałem tylko "A to fajnie, będziesz blisko pracować to cię będziemy odwiedzać" Po chwili jednak serdecznie pogratulowałem jej i powitałem z powrotem na pokładzie. nie ukrywałem zadowolenia, ona zresztą też nie. Potem jeszcze małe gadu-gadu, konkretne "Do zobaczenia później" i wyszła. Jejku... ależ się zdarzyło - dziś wieczorem się widzimy w kawiarence przy rynku, a ponadto będziemy się nadal codziennie widywać, przynajmniej do końca grudnia. Fantastycznie! Teraz tylko jednak zachować spokój i nie dać się ponieść euforii i po prostu być sobą. Ale... kurczę, świetnie się zaczęło, oby otrzymać taką passę do końca dnia. No, a teraz podejmujemy decyzję...
Nie było jednak tak łatwo. W końcu doszło do absurdalnej sytuacji, że szefowa podeszła i zapytała jak decyzja. Ale że nie do mnie jedynego, to się nie obcinam. Cóż, zaważył fakt, że w przeddzień wycieczki będą sie ważyć losy całego zespołu - czy dostajemy w listopadzie umowy o pracę, cz idziemy w styczniu na bezorbocie. W piątek na wycieczce dowiemy się wszystkich szczegółów, będzie można na luzie pogadać o przyszłości w firmie. A poza tym znów zobaczę góry. Jadę. Przepraszam, Strog, ale jadę. Tak naprawdę bowiem, to sam fakt zobaczenia Sabatonu na żywo trzymał mnie w 1/4 - to nie Blindzi, Nightwish ani Rhpasody żeby sobie flaki dla nich wypruwać. Najważniejszy był Przyjaciel, z którym miałem się wybrać na ten koncert i który na to wydarzenie czekał. No i zawiodłem go... Ale cóż, raz podjętej decyzji nie należy żałować. W najbliższym czasie jakoś postaram sie to wynagrodzić komu trzeba...
Decyzja podjęta. Została tylko jedna sprawa. Spotkanie. Do końca dnia nie mogłem się już skupić na pracy do tego stopnia że rzuciłem projektowanie pomogłem kumplowi w składaniu wydrukowanego już projektu. To nie wymagało myślenia. Cóż, nadeszła godzina. Opuściłem mury firmy. Tramwaj. Droga na rynek. Brama Floriańska, Basztowa, Rynek Główny. Jeszcze tylko przeciąć i już, wylot Brackiej. Szybki rzut oka. Byłem 3 minuty po czasie, ale wyczekiwanej osoby jeszcze nie było. Wdech. Wydech. I spacer - tam i z powrotem - spokojny, rytmiczny, miarowy, uspokajający. Kilka minut minęło, aż ukazała się znajoma sylwetka na rowerze. Ot, zwykłe przywitanie, przypięcie roweru do pobliskiego znaku i wyswobodzenie się z kasku. Nie muszę chyba mówić jakim widokiem jest, gdy burza ciemnych włosów wypływa spod zdejmowanego nakrycia głowy i miękko spada na ramiona i plecy. Widok niezapomniany. :-) Udaliśmy się następnie do wspomnianej Nowej Prowincji - dziękuję Hallethowi za polecenie tej kawiarenki! "Ukrytą" salkę na pietrze znaleźliśmy szybko - pewnie dlatego, że Y. ją kojarzyła. Ja w każdym bądź razie nie dałem po sobie poznać, że jestem tu pierwszy raz. Denerwowało tylko to, że przez dobre 10 minut nie pojawił się nikt z obsługi przy barze. W końcu zniecierpliwiony polazłem na dół zapytać co jest grane. Widzę, że przy dolnym barze jest tylko jedna osoba, wiec myślę sobie, że zamówię szybko i pojawię sie na górze z dwoma kubkami gorącej czekolady w 2-3 minuty. Niestety gość przede mną zamówił jakieś kawy, które kobita przyrządzała, i przyrządzała, i przyrządzała... Z otępienia wyrwał mnie telefon od Y. Poszedłem w te pędy na górę i okazało się, że tuż po moim wyjściu przyszła pani z obsługi, a Y. zamówiła już swoją czekoladę. No to z postawienia nici i na głupka wyszedłem. Ale, ale, gdzie pozytywne myślenie? Obowiązkowa gafa popełniona, teraz może być już tylko lepiej! :-)
W zasadzie całe spotkanie było bardzo miłe, pogadaliśmy o tym i o owym. O jej prawku na motor, które właśnie zrobiła i skórzanym stroju, w który ma zamiar się wyposażyć, o pracy w naszej firmie i ewentualnej w Warszawie, o studiach, o magisterce, o dzisiejszej młodzieży. Jakoś to szło, choć do najwybitniejszych rozmówców nie należę. Na szczęście Y. ratowała sytuację w chwili, kiedy milkłem. Fajno było, nawet pomimo jednego zdania, które usłyszałem na początku rozmowy. Mimo, iż tłukło mi się ono p głowie, nie dałem się i po prostu byłem sobą. I o to chodziło! Wprawdzie nie poruszyłem kilku "ciekawych" tematów, ale po pierwsze nie rozstawaliśmy się już "na zawsze" więc nie było podstaw, a po drugie... Zaraz napiszę, co po drugie. :-) Wracając do spotkania, koło 18:00 dobiegło końca zeszliśmy na dół, ona porwała rower, chwilę pogadaliśmy jeszcze i pojechała w swoją stronę. A ja udałem się na spotkanie z Artoo, wieki nie widzianym Artoo, bo potrzebowałem natychmiastowego oderwania sie od normalności. Szybko, żeby nie myśleć. Było miło, fakt. Ale to jedno zdanie wciąż odbijało mi się echem po głowie.
"Muszę jeszcze powiedzieć chłopakowi, że nie przyjeżdżam do Warszawy"
.
.
.
Jak tak teraz sobie przypominam to zdanie, to stwierdzam, że nie da się jednoznacznie stwierdzić, czy on mieszka w Warszawie, czy może tutaj, w Krakowie. tym samym nie potrafię wydedukować czy poznała go niedawno, czy to może ten sam człowiek, z który widziałem ją na 4. roku na wykładzie raz. Wyglądali wówczas na takich szczęśliwych. Oboje. I to, co wówczas zobaczyłem w jej oczach, kiedy na niego patrzyła. Jejku... od tego czasu jakże mocno pragnąłem zobaczyć to choć raz w jej oczach patrzących na mnie. Niestety nie było i nie będzie mi dane. No, mniejsza - w każdym bądź razie chciałbym, żeby to był ten człowiek, bo z nim była szczęśliwa. No i dobrze, że nie jest to ktoś, kogo znam, z kim mógłbym się fizycznie porównać. Teraz mogę sobie spokojnie powiedzieć - to na pewno jest jakiś superfacet, w jej typie, o takich samych zainteresowaniach i o takim samym styl życia, ktoś, kto o stokroć lepiej ode mnie potrafi dać jej szczęście.
Czy ja się dołuję? Nie, zdania powyżej są jak najbardziej szczere. Nie, nie jest źle, nie uważam, że jestem zły, beznadziejny, do kitu i do niczego. Ot, odnalazła kogoś, kto jej pasuje, odpowiada i tyle. Fakt, jestem trochę nieudolny, jeżeli chodzi o relacje damsko-męske, tracę głowę i połowę inteligencji w towarzystwie dziewczyny,która mi się podoba, ale nie uważam już, że jestem człowiekiem z samego dna. Nie wyję do księżyca z bólu i rozpaczy, nie tłukę głową w ścianę, nie mam żadnych nagłych ataków autoagresji, żadnych drgawek, żadnego miotania się w depresji po pokoju i płakania do dywanu. Nie, na szczęście nic z tych rzeczy. Doświadczyłem już niegdyś tych wszystkich rzeczy i nie będę do nich wracał. Ot, przyjmę moją osobistą porażkę z godnością. Oczywiście, że nie mogę powiedzieć, że mnie to strzyka i spływa jak po gęsi. Nie mogę powiedzieć, że nie boli i nie jest smutno, przykro żal. Jest, oczywiście. Ale... cóż, taka jest kolej rzeczy. "It's a hard life", jak śpiewał Freddie Mercury. "You win - you lose. Its a chance you have to take with love" - dodawał parę linijek dalej. Cóż, tak bywa, tak się jakoś układa, że zawsze kończę w ten sam sposób - wiedząc, że "Ta Jedyna" znajduje szczęście w ramionach innego faceta. Boli trochę i pchają się do głowy myśli o tym, jak bardzo tamten musi być lepszy ode mnie, ale... nie, ne chcę dopuszczać do siebie takich myśli i nie chcę znów lądować w skorupie, schowany przed światem. Nie, wręcz przeciwnie. Niechaj ta historia będzie dla mnie nauczką, że nic nie przychodzi samo, że jednak trzeba sie starać i to mocno. Na miłość, tak samo jak na tytuł magistra inżyniera, trzeba sobie ciężko zapracować. I teraz taki trud pracy podejmę - trud pracy nad sobą. I nad tym, aby wytrwać w postanowieniach z poprzedniej notki.
Wiem, łatwo nie będzie. W tych bardziej optymistycznych myślach pod koniec roku byłem już magistrem inżynierem ze wspaniałą dziewczyną u boku, tymczasem trzeba magisterkę pisać prawie że na nowo i rozpoczynać żmudny proces "zapominania" o pannie Y. Marzył mi sie szybki koniec uciążliwego życia, a dostałem na plecy co najmniej kilka miesięcy ekstra. I co? I nic! Zdzierżę! Wytrzymam! Dam radę! Co więcej, stawię czoła wyrokowi dotyczącemu mojej pracy oraz wyrokowi dotyczącego pracy mojego ojca - dwie kwestie, które do końca tego roku mogą się bardzo zmienić. I kolejne dwie rzeczy, które się mogą w życiu popsuć i posypać, obok zdrowia oczywiście. Skoro już dwie budowle runęły, trzeba ratować te, które jeszcze trwają, a w międzyczasie starać się odbudować z tamtych co sie da. I poświecić temu wszystkie siły! I, mimo licznych przeszkód, iść przez życie z podniesioną głową!
A na koniec piosenka. Dedykuję ją sobie już po raz piąty w życiu. No, może czwarty, bo za pierwszym razem jej jeszcze nie znałem. :-)
"And The Story Ends" - Blind Guardian
And the story ends
Insanity said coldly
Still waiting for the chance
So out of nowhere it will rise
Oh, and another journey starts
By the call of the moon
Was it really me
I saw in the mirror screaming
I swallowed hate and lies
Through a thousand cries
Someone's sucking out my energy
What can I do
On this road to nowhere
Heart of dragon lies
At the edge of time
And the story ends
Insanity said coldly
Still waiting for the chance
So out of nowhere it will rise
Oh, and another journey starts
Into insanity's claws
Come with me and join me
A new life's waiting for you
Jump through the mirror
Leave fear behind
No matter where I tried
The candle light seemed
Lost forever
Before my vision fades
-cathedral
-falling tears
We're not alone
There's someone else, too
From the mirror's other side
Reflecting the cruel part of your soul
It's time for your choice
What can I do
On this road to nowhere
Heart of dragon lies
At the edge of time
And the story ends
Insanity said coldly
Still waiting for the chance
So out of nowhere it will rise
Oh, and another journey starts
By the call of the moon
Heart of dragon lies
What can I do
On this road to nowhere
Heart of dragon lies
At the edge of time
And the story ends
Insanity said coldly
Still waiting for the chance
So out of nowhere it will rise
Oh, and another journey starts
Into sanity's claws
I'm not a king
I'm just a bard
How can I trust
If there is good and bad
The wounds of life
They will remain
At least I found a friend
Blind Guardian - And The Story Ends
Komentuj (1)
Link :: 25.10.2008 :: 22:48
Epilog
Epilog czego? Ano historii, która toczy się już ciut więcej niż 5 lat, a której głównym bohaterem, a w zasadzie bohaterką, jest wspominana często panna Y. Ale zanim przejdę do rzeczy, krótka relacja z dwudniowego wypadu w góry.
6:00 - pobudka. Niecałą godzinę później już w drodze do pracy i koło 7:45 na miejscu. Bus już czeka, podobnie szefowa oraz jeden z projektantów. Wyjazd w sumie opóźnił się o 30 minut z powodu innego projektanta, któremu uciekł autobus. Bywa. 9:30 i opuszczamy parking pod firmą i ruszamy w doborowym składzie do Wisły. Po drodze trochę śmiechawy, trochę dosypiania, a koło południa już na miejscu. Plecaki na plecy, gratisowy batonik od szefowej do kieszeni i ruszamy w kierunku Baraniej Góry! :-)
Miałem poważne obawy co do tej wyprawy, a konkretnie obawy kondycyjne. Wciąż pamiętałem, jak rok temu idąc na Turbacz wpierw trzymałem się grupy najmocniejszej, ale szybko wymiękłem i przyłączyłem się - chcąc nie chcąc- do grupy pracowników o wieku ciut powyżej 30 lat i na nie wyglądających na zapalonych taterników, jednakże ci też mieli zbyt szybkie tempo, a po pewnym czasie dogoniła mnie grupa dziewcząt, która w miarę szybko też pozostawiła mnie daleko we tyle i w sumie część szlaku pokonywałem sam, docierając do schroniska w chwili, kiedy ekipa kończyła już pierwsze piwo. Na szczęście tym razem tak nie było. Fakt, nie dotrzymałem kroku kolegom Markowi i Michałowi, ale to akurat żaden wstyd (a panna Y. mówi nawet, że w podejściu pod górę potrafi Marka wyprzedzać - na szczęście nikt tego nie sprawdzał, bo nie pojechała z nami). Trzymałem się jednak niedaleko ich pleców i w czele stawki pozostałych osób. I chociaż było ciężko, dostawało się zadyszki a nogi zaczęły wchodzić tam, gdzie plecy tracą swoja szlachetną nazwę, to jakoś zdzierżyłem. Chyba bieganie ze Strogiem przez całe wakacje swoje zrobiło. :-) Ba! Pozwalałem sobie nawet na krótkie postoje w celu zrobienia zdjęć. Gdybym miał jakiś internetowy albumik, może wrzuciłbym coś, niestety nie chce mi się go zakładać. :P No, ale mniejsza o to. Na szczyt Baraniej Góry dotarliśmy wymęczeni, ale zadowoleni. Tam czekało mnie kolejne wyzwanie - ok. dziesięciometrowa wieża widokowa, skonstruowana z żelaznych elementów - krat, dzięki którym dało się widzieć cały czas drogę w dół, wspinając się na jej szczyt. Ech... lęk wysokości do kieszeni i idziemy, a co! Wysiłek był warty widoku, który się tam rozpościerał. Polecam gorąco! Na szczycie kilka fotek, chwila odpoczynku i droga do schroniska.
Dotarliśmy tam już grubo po 16:00. Szybko podano obiad, który pochłonęliśmy jeszcze szybciej i przyszedł czas na zasłużony odpoczynek. W zasadzie kilkanaście minut ogarnięcia się wystarczyło, a potem zaczęliśmy szukać sobie zajęć. W centrum zainteresowania znalazł się miejscowy stół pingpongowy. W zasadzie nie umiem grać w pingponga, więc tylko stałem z boku i się patrzyłem jak inni grają i się dobrze bawią. Hmmm... nie, coś nie tak, coś trzeba zrobić. kiedy tylko skończyła się jedna z partii, na pytanie kto teraz gra, pierwszy sie wyrwałem, że ja. Dopiero potem przypomniałem, że nie potrafię grać, ale co tam. W miarę szybko zacząłem sobie trafiać w piłeczkę, a że pozostali gracze też nie byli na olimpijskim poziomie, to było z tego wszystkiego tylko kupa śmiechu i zabawy. Wystarczy się tylko trochę przełamać, zapomnieć o urazie do wyśmiewania sie ze mnie i już można przestać chować sie w cieniu, patrząc z zazdrością jak inni się dobrze bawią. A co ta, niech sie ze mnie pośmieją, ja się pośmieje razem z nimi. :-)
W końcu nastał wieczór. Wpierw oficjalne prezentacja z zakresu AutoCADa przygotowana przez jednego z projektantów jako przykrywka do wyjazdu, a potem prezentacja jeszcze innego projektanta, zwanego od tej pory Hrabią. Prezentacja nie dotyczyła jednak niczego związanego z pracą, ale Fundacji im. Anny Pasek. Może ktoś pamięta, kiedy rok temu w telewizji było głośno o trójce alpinistów z Małopolski, którzy zginęli pod lawiną próbując zdobyć Mont Blanc? Wspomniana Anna Pasek była jedną z tych osób, a zarazem dziewczyną wspomnianego Hrabiego. Po tym tragicznym wydarzeniu Hrabia wraz z jej rodzicami założyli fundację, mającą na celu aktywnie działać w zakresie bezpieczeństwo wypraw górskich, promować Systemy Informacji Geograficznej (GIS) oraz podtrzymywać pamięć o patronce. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, więcej na ten temat znajdzie za tym linkiem:
Fundacja im. Anny Pasek. W każdym bądź razie wciąż podziwiam imć Hrabiego za jego hart ducha, że tak szybko podniósł się po tej tragedii i dzisiaj jest prawdziwym człowiekiem-orkiestrą - prezesem wspomnianej fundacji, doktorantem geografii na UJ, Goprowcem, perkusistą w zespole metalowym Insomatix oraz projektantem sieci kablowej w mojej firmie. Poza tym jest fantastycznym, tryskającym dobrym humorem kumplem, który znacznie ubarwia szare godziny pracy, zwłaszcza, że siedzi biurko obok mojego. :-) No, to tyle na jego temat. A wracając do wieczorku - po prezentacji Hrabiego na temat Fundacji rozpoczęła się część "artystyczna" - na stole pojawiła się firmowa kolacja, firmowe winko oraz prywatne zbiory alkoholi ciężkich - dosyć spora bateria. Jeszcze tylko szefowa rzekła parę słów, że będą nowe zlecenia od kontrahenta (przy czym nie wiadomo czy będzie to miało związek z nowymi etatami w firmie), a potem ludzie zabrali się do opróżniania butelek. Czas umilało najpierw dwie osoby grające na gitarze i starające się nas zmusić do śpiewy ze średnim skutkiem (chociaż "Whisky" Dżemu śpiewali wszyscy). A potem ludzie ze schroniska zaserwowali nam karaoke. Cóż, na początku było sztywno, bo leciało samo disco polo i hity z lat sześćdziesiątych, ale potem nasi ludzie dorwali się do konsoli i zaczęła się jazda. Oczywiście ja i publiczne występy to w ogóle nie chodzi w parze, wiec siadłem między ludźmi, co pewien czas popychałem dalej kolejkę i śpiewałem sobie razem z tłumem. No ale... mamy czas zmian, no nie? Za któryś razem się przemogłem i dołączyłem do grupy śpiewających wariatów z zespołu. Ech... skończyło się zdartym teraz gardłem oraz kilkoma krępującymi zdjęciami przy mikrofonie i nawet jednym filmikiem, kiedy wykonuję "We Are The Champions" Queenu - jeeejku, profanacja. :D Ale zabawa była zarąbista i nawet szefowa z nami pośpiewała, przy czym hitem było "Szła dzieweczka do laseczka" w jej wykonaniu. Ech, co się tam działo. Koło 3 nad ranem impreza się zwinęła, ale nam jeszcze przyszło do głowy żeby w pingponga jeszcze pograć. No i dopiero po 4 położyliśmy się spać.
Rano pobudka przed 9:00. Część ludzi w ogóle nie poznawała swojego głosu, a wszyscy wyglądali na z deka zmasakrowanych. Ech, jak impreza, to impreza. :-) Po śniadanku jeszcze wizyta w pobliskim muzeum turystyki górskiej i zejście na parking. Oczywiście w przypływie ambicji wybrałem tę trudniejszą drogę - zamiast asfaltem, to szlakiem. W zasadzie poszło tam tylko 7 osób- Marek, Michał, Paweł, Krzysiek i para szefostwa. Dwóch pierwszych oczywiście szybko nas odsadziło, natomiast ja trzymałem się przy tym trzecim. Wydaje mi się jednak, że dawał mi fory, bo kondycję ma daleko lepszą od mojej. Mo mniejsza, ważne że nasza czwórka była jako pierwsza przy busie, mimo iż szliśmy gorszą drogą. Ha, to się nazywa satysfakcja! :-) Potem tylko kimanie przez 3 godzinki w busie i w domu. Skrajnie wyczerpany, mięśnie bolą, gardło gryzie i głos jeszcze nie ten no i generalnie osłabiony na maksa. Ale warto było! Czy lepszym wyborem byłoby pójście na koncert Sabatonu ze Strogiem? Szczerze mówiąc to nie wiem. Możliwe, że bawiłbym się równie dobrze, też zdarłbym gardło i na dodatek mógłbym poznać jakąś sympatyczną miłośniczkę muzyki metalowej. Chociaż nie, znając życia i tak byłaby daleko spoza Krakowa. Poza tym, na to trochę za wcześnie (aha - jak będę tak nadal mówił za jakieś pół roku, niech ktoś mnie zdzieli przez łeb, okay? :P). W każdym bądź razie w górach spędziłem kawał miłego czasu, połaziłem po szlakach, wymęczyłem się i przełamałem kilka mniejszych wewnętrznych oporów. A poza tym w drodze powrotnej usłyszałem dwie budujące kwestie" "Fajnie się bawiłeś wczoraj wieczorem." oraz "Ty chodzisz po górach? Bo kondycję masz niezłą." wiem, że oba komplementy są trochę na wyrost, ale mimo wszystko, dobrze czasem usłyszeć takie coś. Wycieczkę zapamiętam więc jako udaną. :-)
Na wycieczce było dużo czasu do myślenia. Zwłaszcza w chwilach, kiedy czasami szło sie samemu przez szlak, w lecie lub po jakimś pomniejszym szczycie. Podziwiając piękno przyrody mogłem na spokojnie pomyśleć o wielu sprawach, a zwłaszcza o tej jednej. Przy okazji mogłem też zrozumieć wielką miłość Y. do gór. "W górach jest wszystko to, co kocham" - tak zdaje się mówić jej życiowe motto. Po tych dwóch dniach zrozumiałem doskonale dlaczego. Zaiste, piękne ma hobby. Ech... kiedy byłem na samym szczycie Baraniej Góry, roztaczał się piękny widok na Beskid Śląski oraz a widać było także Tatry i Babią Górę. A zwłaszcza Babią górę - majestatyczną, górującą nad południowo-wschodnim horyzontem, ponad warstwą chmur - wyglądała jakby unosiła sie w powietrzu. Kiedy tak wpatrywałem się i podziwiałem piękno tegoż szczytu, przyszedł mi do głowy pewien obraz. Panna Y. była niedawno na Babiej na wschodzie słońca. Nie znam ekipy z którą była, jednakże mogę się domyśleć tylko obecności pewnej osoby. Ech... i wyobraziłem ich sobie, siedzących razem na szczycie tej majestatycznej góry, owiniętych w koce, przytulonych do siebie i patrzących jak pierwsze promienie słońca przebijają się ponad horyzont. Cudny widok w cudnym towarzystwie. W jednej chwili miała przy sobie wszystko to, co kocha. I dla takich chwil warto żyć. I ta myśl napełniła mnie radością - wszak Y. to fantastyczna osoba i zasługuje na takich chwile w swoim życiu. Zwłaszcza, że jak mało kto potrafi skrupulatnie realizować swoje marzenia, zamiast od nich uciekać, jak to niektórzy robią. Taaak... Chciałbym, aby cały czas mogła być szczęśliwa tak, jak w tamten mroźny poranek, który sobie wyobraziłem będąc samemu na szczycie góry. Nie, to nie jest żaden przejawy antyegoizmu z moje strony. Ja się naprawdę cieszę jej szczęściem. :-) Zwłaszcza, że rozmyślania na szlaku doprowadziły mnie do wniosku, że gdyby nawet udało się z Nią, byłby to na początku niezwykle ciężki związek, obfitujący w wiele wyrzeczeń. Fakt, ma urodę idealnie w moim typie - drobną, szczupłą sylwetkę,długie, ciemne i proste włosy, piękne, brązowo-bursztynowe oczy, i przecudny uśmiech, który powala na kolana. Fakt, ma charakter i usposobienie zbliżone do mojego. Fakt, ma bogatą osobowość, która bardzo mi się podoba. Fakt, ma również ten jakiś wewnętrzny magnetyzm, który zupełnie irracjonalnie pcha mnie w jej kierunku. Ale z drugiej strony ma też styl życia i równocześnie hobby, niezwykle trudne dla mnie do przyswojenia. Fakt, niesamowicie podoba mi się taki styl życia i widzę, że tego mi właśnie w moim szarym żywocie brakuje, jednakże wymagałoby to ogromnych nakładów pracy i wiele, wiele czasu. Oczywiście byłbym w stanie to osiągnąć po ogromnym poświęceniu i wyrzeczeniach, bo warto, ale po pierwsze - chciałbym zostać przez taką osobę zaakceptowany takim, jakim jestem, a z drugiej strony wiem, że gdyby takim mnie zaakceptowała, nie byłaby szczęśliwa, bo nie mogłaby ze mną dzielić tak naprawdę swoich radości. dlatego cieszę się. Cieszę się, że ma kogoś, kto potrafi być przy niej cały czas - w rajdach rowerowych, biegach na przełaj wędrówce po grach i włóczędze po obcych krajach przy pomocy autostopu, a nawet podczas jazdy na motorze. Jej potrzebny jest konkretny facet, a nie ktoś, kto się dopiero uczy, jak takim konkretnym facetem być. Historia więc dobiega końca. W tym miejscu życzę już tylko pannie Y. szczęścia w życiu, zwłaszcza w tym osobistym - aby człowiek, którego wybrała był naprawdę godzien jej uczucia.
To chyba tyle. Wbrew pozorom nie jest mi źle. Ale tej piosenki nie mogę sobie odmówić - świetne wyrażenie moich odczuć ostatnimi czasy. W stylu lat osiemdziesiątych. Zapraszam do posłuchania. :-)
"I'll Cry For You" - Europe
I never dreamed that
I could fall
But something's come
Over me
Now I'm sittin' starin'
At the wall
Afraid for my sanity
The sound of your voice
The touch of your skin
It's hauntin' me
I'm still tryin' to come
To my senses
But I can't look back
So I'm takin' my chances
I wanna give you my heart
Give you my soul
I wanna lay in your arms
Never let go
Don't wanna live my
Life without you
But I know when you're gone
Like a fire needs a spark
Like a fool in the dark
I'll cry for you
Wonderin' why I'm
Runnin' scared
From what I belive in
I know that love
Is just another word
To say what I'm feelin'
For once in my life
The future is mine
It's callin' me
I've been searchin' so long
For an answer
But it's too late now
So I'm takin' my chances
Europe - I'll cry for you
Komentuj (2)