"Though long and hard the road may be!" /Blind Guardian/

Miała być długa notka, niestety zostałem poproszony koło 21:30 o małą pomoc przy projektowaniu mebli. W tej chwili jest 1:30 i niedawno skończyłem. Cóż, bywa. Dobrze, że nie idę jutro rano do szkoły. :P

W dużym skrócie o tym, o czym miałem napisać. Otóż przez ostatni miesiąc były bardzo intensywne przygotowania do wesela siostry. Praca magisterska została więc rzucona zupełnie w kąt, a dodam że i przed tym nie zaglądałem do niej zbyt często. Nie, to nie lenistwo, ale zwyczajny brak czasu. Taka mała przewrotność losu - niegdyś nie miałem czasu na inne sprawy z powodu nauki, a teraz nie ma czasu na naukę z powodu innych spraw. Szkoda tylko, że te "inne sprawy" mają niewiele wspólnego w wypoczynkiem rozrywką czy spotykaniem znajomych. No, przynajmniej w większym stopniu. ;-)

W pracy jakoś leci. Dostałem do pomocy kilkuosobową grupę osób, jako że ni stąd ni zowąd zacząłem odpowiadać za projekt na duże warszawskie osiedle. Roboty sporo, więc trzeba jakoś ją rozdysponować pośród "swoich ludzi". Jak to dumnie brzmi! Nawet poczułem się jakiś taki... bardziej ważny w pracy. No a już na pewno poczułem się potrzebny. Szkoda tylko, że na przełomie września i października firma może rozwiązać umowy ze wszystkimi zleceniobiorcami, a to z powodu braku zleceń z góry. Pozostaną tylko ci pracujący na stałe. Wspomniałem już, że odmówiłem takiej formy zatrudnienia z początkiem czerwca, odkładając tę - jak uważałem - formalność na początek października? Taaak, to było bardzo rozsądne posunięcie... :-/ No ale dopóki jest nadzieja... i tak dalej.

Dałem się po raz trzeci już w mojej karierze namówić na wyjście do kina przez koleżankę Y. I znów kolejny, bardzo miło spędzony wieczór w towarzystwie osoby, do której - wbrew wszelakiej logice i zdrowemu rozsądkowi - ciągnie mnie jakiś dziwny magnes. Na szczęście ta osoba wydaje się być całkowicie odporna na mój tzw. "urok osobisty". I bardzo dobrze. Ot, będziemy wciąż kolegami z pracy i taki układ jest najbezpieczniejszy dla wszystkich wokół. Jakakolwiek próba nawiązania bliższego kontaktu mogłaby bowiem skomplikować bardzo wiele spraw. O ile wiedziałbym jak taka próba ma wyglądać...

Tydzień temu odbył się ślub i wesele siostry. Ceremonia przebiegła bez zarzutu (proboszcz tylko raz pomylił imię pana młodego) i od tego czasu zyskałem całkiem fajnego szwagra, a przy okazji siostra rozpoczęła zupełnie nowe życie w zupełnie nowym mieszkaniu. Ja ze swojej strony życzę jej jak najszczęśliwszego życia spędzonego u boku ukochanej osoby. Po rzeczonym ślubie (na którym nota bene grałem rolę świadka) odbyło się weselicho na 60 osób, które przy muzyce bardzo fajnego zespoliku oraz bardzo czystej wódeczki bawiło się, tańczyło i zajadało potrawami do jakiejś 4 nad ranem. Generalnie było bardzo fajnie i sympatycznie. Nawet mnie zdarzyło się nie raz i nie dwa poruszać nogami na parkiecie, wraz ze wszystkimi wujkami, ciotkami, kuzynami, kuzynkami, babciami, dziadkami i całą resztą. Sensacją okazała się moja osoba towarzysząca (sic!), czyli koleżanka Kinga - od wielu lat dobra znajoma, poznana jeszcze za czasów oazy, czyli niezwykle zamierzchłych. :-) A że dziewczę to z jednej strony rozbrajające "wybijokno", a z drugiej stworzonko o niesamowicie złotym sercu i chęci niesienia pomocy wszystkim wokół, to każdemu przypadło do gustu, każdy ją wychwalał i wypytywał się mnie "kim jest ta dziewczyna". Ja sam - przyznam się - bawiłem się przy niej dobrze. I stwierdziłem, że fajnie jest mieć taką "osobę towarzyszącą", na którą można liczyć w każdym momencie. Tak, tak - pewne pytania aż sie nasuwają. Zatem już odpowiadam: nie. Kinga to rzeczywiście fantastyczna osoba, ale po pierwsze ma już kogoś, a po drugie - to nie mój typ urody. Ale za towarzystwo jeszcze długo będę jej wdzięczny. :-)

Osoba towarzysząca na weselu oraz kumpela, z którą można iść do kina po pracy. Dwie osoby i dwa wydarzenia z jednego tygodnia. Niby niewinne, ale potrafiące złamać człowieka. Jak? Wystarczy, że te dwa wieczory uświadomiły mi, jak bardzo brakuje mi jakiejś osoby u mego boku. I jak długa i bezsensowna jest już ta walka - już bowiem około 11 last minęło, odkąd sam sobie złożyłem małe przyrzeczenie, że będę ciężko pracował nad sobą, swoim charakterem, swoim wykształceniem i zawodem. I wszystkim, co ważne. Byleby znalazła się jedna jedyna taka Osoba, która to wszystko doceni i będzie chciała spędzić ze mną pozostałą część życia. Wtedy uparcie wierzyłem, że taka osoba sie znajdzie (ba, znałem nawet jej nazwisko, ale dziś to już nieaktualne :P). No i trwam przy tej wiwerze już ponad 11 lat i... nic. Nie dziwota więc, że po takich 2 wieczorach człowiek traci cierpliwość, bo przez chwilę poczuł jak by to mogło być. Wstyd przyznać, ale jeszcze parę dni temu uważałem, że przez tyle lat ciężko pracuję i że należy mi sie w końcu od życia taka osoba. Na szczęście to było tydzień temu i dziś już tak nie myślę. Bo to bardzo niemądre podejście do życia. Żal mi tylko Aiwendila, który nawinął mi się na rozmowę w chwili najgłębszego kryzysu i wysłuchał się moich żalów niemała. Chwała mu za to i za jego pełne rozsądku słowa. Należy mu się Bardzo Duże Piwo, ale nie mam pojęcia kiedy zjawi sie on w Krakowie by odebrać ten dowód wdzięczności. :-) No i w sumie dziękuję/przepraszam wszystkie osoby, które odbyły ze mną rozmowy egzystencjonalne w okresie ostatnich 2-3 tygodni. Zdaję sobie sprawę, że nie były one zbyt proste dla nich...

Doszedłem do kilku wniosków. Powziąłem pewne postanowienia. Coś trzeba zmienić, coś przebudować, do pewnych rzeczy podejść z większym dystansem. I przypomnieć sobie te czasy, kiedy niezłomnie szedłem przez życie pełne najróżniejszych przeciwności losu. Bo takowe znajdą sie zapewne i teraz. I nie chodzi o to, by ich nie było. Nie. Chodzi o to, by umieć sobie z nimi radzić. A może jeszcze pomagać innym radzić sobie z nimi. Bo w drugim człowieku tkwi nasza prawdziwa siła i szczęście. Samemu dojdzie się donikąd, czego dowiodło ostatnie parę rozmów z kilkoma osobami.

Czas na zmiany i postanowienia. Jakie? Sza! Dosyć już rozprawiania o tym co zrobię, jak będę działał, co postanawiam. Nie. Dosyć gadania. Teraz po prostu trzeba robić swoje i tyle. Po prostu - działać. I być sobą, nie udawać kogoś innego. I jeszcze jedno - nie bać się życia. Bo życie to najlepsze, co nam sie w życiu przydarzyło. :-)


Na koniec piosenka. Mocne, prawdziwe słowa. Pełne powagi. Do czasu, aż zobaczy się teledysk. To w związku ze wspomnianym "dystansem" do pewnych spraw. :-)

Grailknights - Tranquility's Embrace

Tranquility's Embrace
Now that I know that
Nothing remains
Stronger I am for there is
No time to waste
Make sure you are not
Only a piece of flesh
Make your life a tale
Either good or bad

Close to the embrace of tranquility
The sun is diving into the sea
Take a deep breath and
Save your dreams
Raise your voice and sing with me

Long-lost days will dawn again
Despair and sorrow will
Fade in the end
All the pain you suffer
All the tears you cry
Are not in vain
For they show you are alive

Lonely I dwell in a
Black endless night
Still I am waiting for a
Bright-shining light
Take me away from
Darkness and fear
Send me a sign that
Salvation is near

Stay awake, don't fall asleep
Carry on, hold on to your belief
There'll be times to show strength
There'll be times to bleed
Now raise your voice and sing with me
Long-lost days will dawn again
Despair and sorrow will
Fade in the end
All the pain you suffer
All the tears you cry
Are not in vain
For they show you are alive

Feel the morning sun warm your skin
Let a new day begin

Long-lost days will dawn again
Despair and sorrow will
Fade in the end
All the pain you suffer
All the tears you cry
Are not in vain
For they show you are alive




Grailknights - Tranquility's Embrace




Tak napisali inni:
Ownlog.com :: Wróć